Forum Wirtualnego Uniwersytetu Trzeciego Wieku




Autor Wiadomość
 Tytuł: Re: badania naukowe
PostNapisane: piątek, 15 maja 2009, 14:37 
Offline
Avatar użytkownika

Dołączył(a): poniedziałek, 24 listopada 2008, 11:09
Posty: 381
Mężczyźni są jednak słabszą płcią
Mężczyźni są jednak słabszą płcią - przynajmniej pod względem odporności. Badania kanadyjskie wykazały właśnie, że żeński hormon płciowy, estrogen pomaga paniom lepiej zwalczać infekcje. Informację na ten temat podaje pismo "Proceedings of the National Academy of Sciences".
Lekarze od dawna obserwowali, że kobiety lepiej zwalczają infekcje i szybciej wracają do zdrowia. W swojej najnowszej pracy naukowcy z Uniwersytetu McGill w Montrealu dostarczają wyjaśnienia tego zjawiska.

Badania dotyczyły enzymu o nazwie kaspaza-12, który hamuje procesy zapalne, będące pierwszą linią obrony organizmu przed infekcjami.

Aktywny gen kaspazy-12 występuje u wszystkich znanych ssaków. Jednak w toku ewolucji człowieka pojawiła się w nim mutacja, która sprawia, że gen nie działa u większości ludzi. Jedynie 20 proc. osób mających afrykańskie korzenie nie posiada tej mutacji. Produkują oni aktywną kaspazę-12 i są bardziej podatni na infekcje i sepsę.

Myszy pozbawione genu kodującego kaspazę-12 są wyjątkowo odporne na infekcje. Badacze kanadyjscy tak zmienili gryzonie, że zaczęły one produkować niezmutowany wariant ludzkiej kaspazy.

Okazało się, że dzięki tej zmianie znacznie spadła odporność samców na zakażenia bakterią Listeria monocytogenes. Miało to jednak minimalny wpływ na odporność samic.

Analiza wykazała, że to estrogen hamował produkcję kaspazy-12 u płci żeńskiej. Naukowcy znaleźli nawet dokładne miejsce, w którym hormon ten łączył się z genem kaspazy, blokując jego aktywność.

Wstrzykiwanie estradiolu samcom również hamowało produkcję enzymu i zwiększało ich odporność na zakażenie.

Ponieważ doświadczenia przeprowadzono z genem ludzkim naukowcy uważają, że wyniki ich badań odnoszą się również do ludzi. Ich zdaniem, dowodzi to, że w odpowiedzi na infekcje kobiety mają silniejszą reakcję zapalną niż mężczyźni, a więc mogą się lepiej bronić.

Ta cecha układu odporności kobiet mogła wyewoluować ze względu na ich kluczową rolę w rodzeniu dzieci i opiece nad nimi.

Badacze liczą, że ich odkrycie pomoże znaleźć nowe sposoby wzmacniania odporności u ludzi.

http://wiadomosci.onet.pl/1970752,69,me ... ,item.html


Dla mnie wniosek jest jeden bardzo prosty- Moje drogie Panie- musicie bardzo dbać o nas, bo inaczej wymrzemy jak dinozaury

_________________
Co raz to z ciebie jako z drzazgi smolnej
Wokoło lecą szmaty zapalone
Gorejąc nie wiesz czy stawasz się wolny
Czy to co twoje ma być zatracone
Czy popiół tylko zostanie i zamęt
Co idzie w przepaść z burzą czy zostanie
Na dnie popiołu gwiaździsty dyjament


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: badania naukowe
PostNapisane: piątek, 15 maja 2009, 15:38 
Offline

Dołączył(a): czwartek, 18 grudnia 2008, 20:02
Posty: 158
aleksander.kobylarek napisał(a):
Mężczyźni są jednak słabszą płcią


Dla mnie wniosek jest jeden bardzo prosty- Moje drogie Panie- musicie bardzo dbać o nas, bo inaczej wymrzemy jak dinozaury[/color]


MUSZĘ ZOSTAWIĆ TE ZDANIA ,GDYŻ SĄ PIĘKNE.[color=#


Panie dr. nie ulega wątpliwości ,że mężczyżni są pod kazdym względem słabsi i zależni od nas kobiet.MY płaczliwe,tkliwe itd.,ale z dłuższym żywotem.My decydujemy o przedłużaniu gatunku/panowie są tylko dawcami,ale gdyby nas nie było, to cóz po dawcach?/itd.itp.

Ale takie apele są tez wykrzyknikiem dla nas.Dinozaury sa mocne i wyjątkowe więc w naszym życiu muszą byc obecne gdyż świat musi być urozmaicony.

Z wiarą ,że wierzycie nam panowie w nasze życzliwe dla Was uśmiechy.

_________________
Ciesz się życiem bez względu na pogodę.


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: badania naukowe
PostNapisane: sobota, 16 maja 2009, 12:49 
Offline
Avatar użytkownika

Dołączył(a): środa, 3 grudnia 2008, 21:10
Posty: 81
:ymhug: Która kobieta dałaby zginąć "dinozaurowi"? Dbamy o nich bardzo, a nawet rozpieszczamy........jak dzieci (dzięki którym i dla których mamy te cudowne hormony). i liczymy na to samo! :-ss

_________________
"Keep smiling" - uśmiechnij się !


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: badania naukowe
PostNapisane: czwartek, 21 maja 2009, 06:02 
Offline
Avatar użytkownika

Dołączył(a): poniedziałek, 24 listopada 2008, 11:09
Posty: 381
Było ich dwustu
Cały rodzaj ludzki poza Afryką wywodzi się od jednego plemienia liczącego około dwustu ludzi, które 70 tysięcy lat temu przekroczyło Morze Czerwone, stwierdzili naukowcy.

Badania genetyków i archeologów pozwoliły odnaleźć początki współczesnego homo sapiens w jednej grupie ludzi, którym udało się przedostać z Rogu Afryki na Półwysep Arabski. Stąd skolonizowali resztę świata.

Analiza genetyczna dzisiejszych populacji ludzkich w Europie, Azji, Australii, Ameryce Północnej i Ameryce Południowej wykazała, że wszystkie one pochodzą od tych wspólnych przodków. Uważa się, że zmiany klimatu, jakie dokonały się 90–70 tysięcy lat temu, spowodowały obniżenie poziomu mórz i umożliwiły przejście Morza Czerwonego.

Odkrycia te zostaną zaprezentowane w nowym serialu popularnonaukowym BBC 2 „The Incredible Human Journey” poświęconym prehistorycznym początkom człowieka.

Dr Peter Forster, wykładowca archeogenetyki w Anglia Ruskin University w Cambridge, który prowadził część badań genetycznych, podkreśla: – Populacje założycielskie nie mogą być bardzo duże. Mówimy o kilkuset jednostkach.

Homo sapiens, znany jako „człowiek współczesny”, ewoluował, jak się przyjmuje, około 195 tysięcy lat temu we wschodniej Afryce – szczątki z tego okresu odkryto nad rzeką Omo w Etiopii. Uważa się, że mniej więcej 150 tysięcy lat temu ludziom tym udało się rozprzestrzenić na inne części Afryki, a fragmenty ich kości znaleziono nawet na Przylądku Dobrej Nadziei w Afryce Południowej.

Najstarsze szczątki homo sapiens znalezione poza Afryką odkryto na terenie Izraela i szacuje się, że mają one około 100 tysięcy lat. Są to ślady istnienia grupy, która opuściła Afrykę przez obecną pustynię Sahara w krótkim okresie, gdy klimat zrobił się wilgotniejszy, a pustynia się zazieleniła. Ta wyprawa jednak nie udała się i wspomniana populacja wymarła, kiedy klimat zaczął ponownie stawać się bardziej suchy.

Na terenie Afryki żyje 14 populacji pierwotnych, ale zdaje się, że tylko jedna przetrwała poza tym kontynentem.

Najnowsze badania genetyczne wykazują, że dopiero około 70 tysięcy lat temu ludzie mogli wykorzystać obniżenie poziomu mórz, by wkroczyć na Półwysep Arabski przy zwężeniu Morza Czerwonego. Przesmyk liczący 28 kilometrów skurczył się wówczas do zaledwie 13 kilometrów. Nie jest jasne, jak nasi przodkowie odbyli tę podróż, ale kiedy już im się to udało, rozprzestrzenili się wzdłuż wybrzeża Półwyspu Arabskiego, gdzie słodkowodne strumyki pomogły im przetrwać.

Do tej pory zakładano, że sukces człowieka w podboju świata był wynikiem jego zdolności przystosowawczych i umiejętności łowieckich. Ale najnowsze badania sugerują, że pionierzy, którzy wypuścili się poza Afrykę, dużo więcej niż przypuszczano zawdzięczają sprzyjającym okolicznościom i korzystnym zmianom klimatu.

W ciągu około 5 tysięcy lat ludzie ci zdołali dotrzeć na wybrzeże Oceanu Indyjskiego i do południowo-wschodniej Azji; do Australii przybyli około 65 tysięcy lat temu. Inni ruszyli na północ przez Bliski Wschód i Pakistan do Azji Środkowej.

Około 50 tysięcy lat temu nasi przodkowie zaczęli napływać także do Europy przez cieśninę Bosfor. Tam napotkali neandertalczyków, którzy żyli w Europie od niemal 250 tysięcy lat, ale jak się uważa, wymarli na skutek zmian klimatu.

25 tysięcy lat temu ludzie dotarli na północ Europy i na Syberię, a następnie przekroczyli cieśninę Beringa i około 20 tysięcy lat temu przybyli na Alaskę. Szczyt ostatniej epoki lodowcowej, około 19 tysięcy lat temu, zepchnął populacje ludzkie na południe. Ameryka Południowa została opanowana około 15 tysięcy lat temu.

Dr Alice Robers, anatom w Bristol University, która prezentuje „The Incredible Human Journey”, mówi: – Towarzyszyło temu mnóstwo szczęśliwych zbiegów okoliczności, ponieważ ówcześni ludzie byli całkowicie zależni od klimatu. A klimat zmienił się w odpowiednim czasie, pozwalając im wyjść z Afryki i rozprzestrzenić się po świecie, ale kiedy znów się zmienił, populacje te ponownie się skurczyły.

http://portalwiedzy.onet.pl/4868,16925, ... pisma.html

_________________
Co raz to z ciebie jako z drzazgi smolnej
Wokoło lecą szmaty zapalone
Gorejąc nie wiesz czy stawasz się wolny
Czy to co twoje ma być zatracone
Czy popiół tylko zostanie i zamęt
Co idzie w przepaść z burzą czy zostanie
Na dnie popiołu gwiaździsty dyjament


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: badania naukowe
PostNapisane: piątek, 22 maja 2009, 14:24 
Offline
Avatar użytkownika

Dołączył(a): poniedziałek, 24 listopada 2008, 11:09
Posty: 381
Najcenniejszy dar czasu

Jeśli rytm naszego życia zwolni, będzie ono dłuższe i pełniejsze

Możemy sprawić, że wskazówki zegarów będą posuwać się wolniej – twierdzi Josep M. Esquirol, hiszpański uczony, który sam siebie określa mianem filozofa czasu.

La Vanguardia: Co to jest czas?

Josep M. Esquirol: Czas to życie. Nasze istnienie to przecież nic innego jak czas.

To znaczy, że ja też jestem czasem?

Tak, jest pan czasem, który przemija.

A czy jestem bardziej czasem przeszłym, teraźniejszym, czy może przyszłym?

Gdy postrzegamy czas wyłącznie jako ciąg krótkich chwil, czujemy się zdeprymowani. Jeśli tego, co minęło, już nie ma, a tego, co dopiero będzie, jeszcze nie ma, staramy się za wszelką cenę wykorzystać bieżącą, ulotną chwilę. Jakże stresujące jest wezwanie carpe diem…

A co pan proponuje w zamian?

Zmianę naszego podejścia do kwestii czasu. Powinniśmy zacząć go postrzegać jako okazję, by coś zrobić: spać, wstać z łóżka, pomóc komuś, zjeść obiad... Czas to zaproszenie, szansa, która puka do naszych drzwi. Powinniśmy zatem z uwagą te drzwi obserwować.

Chodzi o to, żeby nie marnować czasu?

O to, by robić to, co wynika z sytuacji. "W wychowaniu dzieci najważniejsza zasada polega nie na tym, aby oszczędzać czas, ale na tym, aby umieć go tracić", mówił Rousseau. W szkołach powinniśmy uczyć się, jak się odprężyć, poczuć, jak czas przepływa nam przez palce. Nauczyć się go ofiarowywać.

Dlaczego?

Ponieważ to jest właśnie sposób, aby go nie tracić. Tak naprawdę wtedy właśnie go zyskujemy. Dziwne, prawda? Kiedy tracimy czas, w rzeczywistości go zyskujemy. A jeśli go nie tracimy, czy udaje nam się go odłożyć na później? Nie, zostajemy z niczym.

Owszem, to paradoks.

Innymi słowy, ten, kto będzie traktował życie jak skąpiec, nigdy nie będzie żył naprawdę.

Proszę mi powiedzieć, komu mam ofiarować swój czas?

Przede wszystkim samemu sobie. A także innym ludziom: swojej żonie, dzieciom, chorym, uczniom... Czy jest coś cenniejszego, co może im pan dać?

To znaczy, że czas jest największą wartością.

Jest czymś najcenniejszym. Filozof Ludwig Wittgenstein powiedział kiedyś: "Filozofowie powinni pozdrawiać się hasłem: Daj sobie czas". Tylko mając czas można myśleć.

A my nie dajemy sobie tego czasu.

Właśnie. Ciągle powtarzamy: "Nie mam czasu". Żyjemy nieustannie poganiając czas. W ten sposób nie da się osiągnąć spokoju. A pośpiech prowadzi do grzechu dogmatyzmu.

Naprawdę?

Dogmatyzm zawsze wynika z pośpiechu. Poczekajmy chwilę... i ujrzymy jak te wszystkie dogmatyczne stwierdzenia bledną i znikają.

Mówi się również, że "czas leczy rany".

To, co przeżyliśmy, zdarzyło się raz na zawsze, jest nieodwracalne.

Kolejny paradoks.

To, co się zdarzyło, nie minęło: pozostaje w nas na zawsze. Ale upływ czasu oddala nas od tych zdarzeń, powoli o nich zapominamy. Tylko upływ czasu może nas wyleczyć z tego, co przeżyliśmy w przeszłości. To zapomnienie nie jest oczywiście całkowite, w przeciwnym razie stracilibyśmy świadomość naszej tożsamości.

To znaczy, że o mojej tożsamości decyduje pamięć?

Pamięć o minionych zdarzeniach.

Kiedy ludzie zaczęli uświadamiać sobie upływ czasu?

Słońce wschodzi i zachodzi. Ten pierwotny dzienny rytm stał się podstawą dla pomiaru czasu. Dni połączyły się w tygodnie, miesiące, lata. Z pierwszego podziału godzin (prima minuta) powstały minuty, a z drugiego podziału (secunda minuta) – sekundy.

Czas rzeczywiście płynie bardzo szybko.

To prawda. Przekonujemy się, że czas nie stoi w miejscu, jest w ciągłym ruchu, tak jak Słońce i że porusza się bardzo szybko. Uczucie największego spełnienia i spokoju wiążę się z wrażeniem jakby czas stanął w miejscu.

Czy pan sam doświadczył tego uczucia?

Mieszkam poza Barceloną, to daje zupełnie inną perspektywę. Na wsi panuje inny rytm dnia. Powinniśmy dać sobie czas, aby poczuć i posmakować każdy dzień. Jeśli z uwagą kontemplujemy życie, to okazuje się, że płynie ono wolniej. Odnosimy wrażenie, że cały świat zaczyna oddychać...

A więc powinniśmy dążyć do powolności?

Ja nazwałbym to raczej przeżywaniem każdego dnia w ciszy i spokoju, nieśpiesznie. Warto skończyć jedną rzecz, zanim zaczniemy robić drugą i każdą z nich starać się wykonać dobrze. Wolę mówić o dobroczynnym działaniu zatrzymania się niż o powolności.

To znaczy, że powinniśmy się zatrzymać, zrobić sobie przerwę?

Jeśli się zatrzymamy, czeka nas nagroda: czas również się zatrzyma. To dowód na to, że czas to my.

Wiele razy słyszałem, jak ludzie mówią: "Będę odpoczywać, kiedy umrę".

Na ogół wypełniamy nasz czas szaleńczym biegiem, aby odsunąć od siebie tę jedną, najważniejszą myśl: że wszyscy umrzemy. Tak naprawdę staramy się za wszelką cenę uciec od samych siebie. Już Pascal powiedział: "Całe nieszczęście człowieka pochodzi stąd, że nie umie on siedzieć sam w swoim pokoju".

Nie możemy znieść zagłębiania się w sobie.

Człowiek jest jedynym zwierzęciem świadomym własnej śmiertelności. To sprawia, że nasz czas jest ograniczony i nakłada na nas odpowiedzialność za to, aby go przeżyć jak najlepiej. A nie jest to łatwe zadanie.

Narzuca się pytanie: co powinienem zrobić z moim czasem?

Odpowiedź brzmi: obdarować nim samego siebie i innych ludzi.

Mimo że "czas to pieniądz"?

To powiedzenie dowodzi merkantylizacji czasu, wskazuje na naszą skłonność do traktowania go jako jednego z naszych zasobów. Mamy już do naszej dyspozycji zasoby energetyczne, zasoby ekonomiczne, żywnościowe, a nawet zasoby ludzkie. Zaczęliśmy postrzegać ludzi jako część majątku, przynoszącą dochód przedsiębiorstwu... Język, jakim mówimy, odzwierciedla nasze postrzeganie świata.

Czy czas posuwa się naprzód prosto jak strzała, czy też kręci się w kółko?

To prawda, że istnieją dwa wyobrażenia czasu: pierwsze z nich jest związane z ideą postępu, drugie – z ideą powtarzalności. Sam nie wiem, które z nich jest tragiczniejsze...

http://wiadomosci.onet.pl/1557873,242,1,kioskart.html

_________________
Co raz to z ciebie jako z drzazgi smolnej
Wokoło lecą szmaty zapalone
Gorejąc nie wiesz czy stawasz się wolny
Czy to co twoje ma być zatracone
Czy popiół tylko zostanie i zamęt
Co idzie w przepaść z burzą czy zostanie
Na dnie popiołu gwiaździsty dyjament


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: badania naukowe
PostNapisane: poniedziałek, 25 maja 2009, 21:36 
Offline
Avatar użytkownika

Dołączył(a): poniedziałek, 24 listopada 2008, 11:09
Posty: 381
Uroki posiadania zwierząt

Czy przytulałeś już dziś swego kota? Choć brzmi to jak irytujący slogan reklamowy, to odpowiedź na to pytanie może mieć więcej - niż nam się wydaje - wspólnego z naszym zdrowiem, a być może nawet długością życia.


Coraz więcej badań naukowych sugeruje, że ludzie, którzy posiadają zwierzęta lub mają z nimi regularny kontakt, mogą być zdrowsi niż osoby pozbawione takiego kontaktu.

Jedno z badań wykazało, że posiadacze kotów rzadziej umierają na zawał niż osoby, które ich nie mają. Inne prace wskazują, że kontakt ze zwierzakami może chronić przed alergiami, astmą, a nawet pewnymi rodzajami raka. Jedna z ostatnich prac sugeruje, że palacze, którym powie się, że bierne wdychanie dymu szkodzi ich pupilom, stają się bardziej skłonni do zerwania z nałogiem – ze względu na swoje zwierzęta.

Badanie intrygujących związków między zwierzętami a ludźmi – kiedyś uważane za peryferia nauki - znalazło się obecnie w centrum uwagi samych Narodowych Instytutów Zdrowia (National Institutes of Heath), czołowej amerykańskiej organizację rządowej ds. badań medycznych. NIH właśnie stworzył publiczno-prywatne partnerstwo z firmą MARS, największym na świecie producentem karm dla zwierząt, po to by dawać pieniądze i zachęcać ludzi do badań nad tym ponadczasowym zjawiskiem.

- Zwierzęta domowe są tak wszechobecne, że nie bierzemy ich pod uwagę i nie przychodzi nam nawet do głowy, by prowadzić nad nimi badania – mówi James Griffin, zastępca szefa oddziału w Narodowym Instytucie Zdrowia Dziecka i Rozwoju Człowieka (National Institute of Child Health and Human Development) im. Eunice Kennedy Shriver.

Ale to ma ulec zmianie. Griffin, który kieruje programem NIH ds. zwierząt domowych, przypomina, że istnieje wiele małych prac oraz obserwacji praktycznych na temat poprawy zdrowia pacjentów z rakiem, dzieci autystycznych i innych osób pod wpływem kontaktu ze zwierzętami. Ale przedstawiciele służby zdrowia potrzebują szerzej zakrojonych, kontrolowanych badań, by rozstrzygnąć, czy zwierzęta mają znaczący wpływ na ludzkie zdrowie, a jeśli tak, to w jaki sposób można najlepiej wykorzystać ich uzdrowicielską moc, mówi Griffin, który pracuje nad realizacją tego celu.

Wobec braku takich prac, naukowcy wielu różnych specjalności zaczęli gromadzić różne dane, często przy pomocy środków prywatnych.

Neurolog Adnan Qureshi, dyrektor wykonawczy programu dotyczącego udaru mózgu na University of Minnesota, przekopał się przez stosy informacji dotyczących niemal 4500 mężczyzn i kobiet, w wieku od 30 do 75 lat, którzy wzięli udział w wieloletnim rządowym badaniu na temat zdrowia i odżywiania się. Odkrył on, że właściciele kotów o 40 procent rzadziej umierali na zawał serca, niż osoby nie posiadające tych zwierząt.

Byli też mniej narażeni na zgon z powodu wszystkich innych chorób układu sercowo-naczyniowego - włącznie z udarem. Związek ten potwierdził się nawet po uwzględnieniu innych czynników ryzyka chorób serca, jak wiek, masa ciała, płeć, rasa i przynależność etniczna, palenie oraz poziom cholesterolu we krwi, podkreśla badacz.

A teraz uwaga dla posiadaczy psów: wydaje się, że towarzystwo tych zwierząt nie przynosi takich samych korzyści zdrowotnych.

Qureshi jest zadziwiony siłą oddziaływania kotów, ale podkreśla, że odkąd w ubiegłym roku po raz pierwszy zaprezentował wyniki swoich badań na międzynarodowej konferencji na temat udaru mózgu, usłyszał od posiadaczy zwierząt wiele teorii na wyjaśnienie tego zjawiska.

Niektórzy z nich sugerują, że kluczem może tu być unikatowe i kojące kocie mruczenie. Inni twierdzą, że to kwestia osobowości właścicieli tych zwierząt, a nie kotów samych w sobie: posiadacze kotów utrzymują, że "ludzie, którzy mają te zwierzęta charakteryzuje łagodna, tolerancyjna osobowość, ponieważ koty nie dostosowują się do niczyich oczekiwań, ale robią to, co chcą", tłumaczy Qureshi. Właściciele psów, natomiast, mają - zgodnie z tą teorią - większą skłonność do sprawowania kontroli i dlatego są narażeni na niezdrowe niepokoje.

Qureshi, który planuje kontynuować badania, przyznaje, że nie jest jeszcze całkiem gotów zalecać nabycie kota swoim pacjentom po udarze, ale "zmierza w tym kierunku".

Naukowcy w Kalifornii odkryli ostatnio, że mieszkańcy San Francisco, którzy kiedykolwiek posiadali kota mieli około 30 procent niższe ryzyko zachorowania na chłoniaka nieziarniczego (złośliwy nowotwór wywodzący się z komórek odporności – przyp. Onet) w porównaniu z osobami nie posiadającymi zwierzęcia domowego. A im dłużej mieli kota, tym bardziej zdawali się być chronieni.

Wcześniejsze badania powiązały posiadanie zwierzęcia w dzieciństwie z mniejszym ryzykiem astmy i alergii, gdyż uważa się, że ten kontakt odczula organizm na przyszłość. Obecnie, naukowcy kalifornijscy podejrzewają, że podobne zjawisko występuje w przypadku chłoniaków nieziarniczych.

Wiele z najnowszych odkryć nie zaskakuje pioniera badań w tej dziedzinie, dr. Alana Becka, który obecnie kieruje Centrum ds. Więzi Człowieka ze Zwierzętami (Center for the Human-Animal Bond) na Wydziale Weterynarii Uniwersytetu Purdue (Purdue University School of Veterinary Medicine). Analizując od ponad dwóch dekad związki między ludźmi oraz ich zwierzętami Beck często obserwował płynące z tego wymierne korzyści.

- Kontakt ze zwierzętami często zmienia nasze zachowania w pozytywny sposób – mówi badacz.

Ostatnio Beck odkrył, że obecność akwarium z rybkami pomaga się skoncentrować pacjentom z chorobą Alzheimera, którzy mają skłonność przechadzać się i błąkać w czasie posiłków; umieszczenie akwarium w miejscu, w którym spożywa się posiłki, zwiększa szanse na to, że niedożywieni pacjenci usiądą i zaczną jeść, wyjaśnia. Jego zdaniem akwarium jest podejściem mniej inwazyjnym i z pewnością tańszym niż inne metody stosowane wcześniej.

Dyplomowana pielęgniarka Rebecca Johnson, która kieruje Centrum Badawczym ds. Oddziaływań między Ludźmi i Zwierzętami (Research Center for Human Animal Interaction) na University of Missouri, wykazała, że psy znacznie skuteczniej pobudzają staruszków do realizacji programu spacerów niż dwunożni towarzysze.

Seniorom dobrano bądź psa ze schroniska, bądź inną starszą osobę, jako kompana do męczącego, trwającego 12 tygodni programu spacerów, pięć razy w tygodniu. Na koniec okazało się, że osoby spacerujące z psami były w stanie przejść o 28 procent dłuższe dystanse niż przed badaniem. Pacjenci spacerujący z małżonkiem lub przyjacielem osiągnęli poprawę rzędu zaledwie 4 procent.

- Ludzie właściwie zniechęcali się wzajemnie, a my słyszeliśmy o tym niezmiennie każdego dnia – mówi Johnson. - Ale psy zawsze były gotowe iść na spacer.

Seniorzy byli z kolei "zaangażowani w wyprowadzanie psów ze schroniska, ponieważ chcieli im pomóc, a robiąc to znacznie zwiększyli tempo chodzenia".

Urzędnicy są zgodni, że trzeba mieć większą wiedzę, zanim zwierzęta będą mogły być wykorzystywane w konwencjonalnej medycynie, ale osoby prowadzące służące temu badania napotykają na różne przeszkody, poczynając od braku podstawowych danych. - Amerykański spis ludności nie gromadzi informacji na temat zwierząt domowych, za to zbiera dane na temat liczby telewizorów w gospodarstwie domowym – zauważa Griffin,

Jak dodaje, istnieją też zwyczajne problemy z funduszami oraz coś, co można uznać za problemy w zakresie relacji międzyludzkich. - Naukowcy od zawsze zadają pytanie, czy będą traktowani poważnie na swojej uczelni, jeśli będą zajmować się szczeniakami i czy NIH naprawdę ufunduje grant w tej dziedzinie – mówi Griffin. - To dlatego próbujemy do nich docierać i mówić na ten temat – dodaje.

http://pies.onet.pl/26714,26,0,uroki_po ... tykul.html

_________________
Co raz to z ciebie jako z drzazgi smolnej
Wokoło lecą szmaty zapalone
Gorejąc nie wiesz czy stawasz się wolny
Czy to co twoje ma być zatracone
Czy popiół tylko zostanie i zamęt
Co idzie w przepaść z burzą czy zostanie
Na dnie popiołu gwiaździsty dyjament


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: badania naukowe
PostNapisane: piątek, 29 maja 2009, 11:55 
Offline
Avatar użytkownika

Dołączył(a): poniedziałek, 24 listopada 2008, 11:09
Posty: 381
Inwazja glonów
Pół wieku temu zakwity toksycznych glonów były rzadkim zjawiskiem, dziś występują w większości mórz.

Pod koniec listopada 1987 roku u ponad setki mieszkańców kanadyjskiej Wyspy Księcia Edwarda, leżącej w pobliżu ujścia Rzeki Świętego Wawrzyńca do Atlantyku, wystąpiły objawy ostrego zatrucia. Wyglądało to bardzo groźnie. I rzeczywiście, dla niektórych skończyło się tragicznie. Do lekarzy zgłosiły się łącznie 153 osoby z rozmaitymi dolegliwościami układu pokarmowego oraz nerwowego. Zaczęło się od tych pierwszych. W kartach zdrowia pacjentów odnotowano m.in. mdłości, wymioty, biegunki oraz bolesne skurcze brzucha. U niektórych te objawy dość szybko minęły, jednak stan wielu innych osób bardzo się pogorszył w ciągu następnej doby. Zaczęli się uskarżać na silne bóle głowy i zawroty, potem dołączyły do tego drgawki oraz trudności w oddychaniu. U co czwartego zatrutego nastąpiła utrata pamięci krótkotrwałej, odnotowano nawet przypadki śpiączki.

Do szpitali trafiło ostatecznie 19 osób, głównie starszych, a dwanaście z nich było w tak złym stanie, że zaszła konieczność umieszczenia ich na oddziałach intensywnej opieki. Czterech pacjentów nie udało się uratować – troje zmarło bezpośrednio w wyniku zatrucia, jeden z powodu powikłań. Przyczyną zgonu we wszystkich czterech przypadkach było, jak wykazały sekcje zwłok, uszkodzenie dwóch struktur mózgu odpowiedzialnych za zapamiętywanie i przeżycia emocjonalne – hipokampu i jądra migdałowatego. Pozostali ciężko chorzy mieli porażone te same fragmenty mózgu, na szczęście w mniejszym stopniu. Większość z nich odzyskała pamięć oraz pełną kontrolę nad czynnościami ruchowymi dopiero po wielu miesiącach.

Feralne omułki

Źródło zatrucia ustalono błyskawicznie. Okazało się, że wszyscy poszkodowani dzień wcześniej jedli omułki pochodzące z hodowli w zatoce Cardigan we wschodniej części wyspy. Hodowlę popularnych małży, rzecz jasna, natychmiast zamknięto i rozpoczęły się gorączkowe próby zidentyfikowania trucizny. Rozpoznano ją po czterech dobach prowadzonych non stop analiz. Był to znany badaczom kwas domoikowy. Po raz pierwszy odkryto go 20 lat wcześniej w czerwonych glonach (krasnorostach) występujących w Pacyfiku w pobliżu Wysp Japońskich. Dotąd nie sądzono, że może być tak niebezpieczny. Co więcej, owe krasnorosty zawierające kwas domoikowy są od wieków podawane japońskim dzieciom jako lekarstwo na glisty i inne pasożyty układu pokarmowego.

Jak wiadomo, lekarstwo od trucizny różni dawka. Na Wyspie Księcia Edwarda ludzie, konsumując małże, wchłonęli dziesiątki razy więcej kwasu domoikowego, niż dostają dzieci w Japonii. W omułkach było tego związku tak dużo, że szczególnie organizmy ludzi starszych, a także osób przewlekle chorych nie potrafiły się go szybko pozbyć. W konsekwencji przenikał on do ośrodkowego układu nerwowego.

Kwas domoikowy to aminokwas o budowie zbliżonej do kwasu glutaminowego – produkowanej przez neurony substancji, której zadanie polega na pośredniczeniu w przekazywaniu sygnałów nerwowych. Takie związki noszą nazwę neuroprzekaźników. Tu właśnie kryło się niebezpieczeństwo.

Po przedostaniu się do mózgu kwas domoikowy zajmował miejsce kwasu glutaminowego, blokując jego receptory na powierzchni neuronów. Sygnały nerwowe, za których przekazywanie odpowiadał neuroprzekaźnik, przestawały płynąć, a zablokowane komórki nerwowe masowo ginęły. Szczególnie wrażliwy na działanie toksyny okazał się zawiadujący pamięcią hipokamp – stąd tak wiele było przypadków amnezji. Później, po sporządzeniu szczegółowego opisu objawów klinicznych, dolegliwość nazwano amnezyjnym zatruciem mięczakami (Amnesic Shelfish Poisoning, ASP).

Zidentyfikowanie toksyny nie kończyło jednak śledztwa. Trzeba było pilnie ustalić, skąd wziął się w omułkach kwas domoikowy. Ponieważ same małże z pewnością go nie produkują, winowajcy szukano w ich diecie. Morskie mięczaki żywią się głównie fitoplanktonem, czyli jednokomórkową drobnicą. Dzieli się ona na dziesiątki tysięcy gatunków glonów, wśród których ważną grupę stanowią okrzemki należące do około 250 rodzajów. Jeden z nich to Pseudo-nitzschia. Jego przedstawiciele mają wydłużoną komórkę o dwubocznej symetrii. Otacza ją, jak u wszystkich okrzemek, cienka krzemionkowa skorupka zwana fristulą. Glony te są dość towarzyskie – mają zwyczaj tworzenia łańcuchów liczących nawet po kilkaset sztuk. Właśnie na okrzemkę z tej rodziny, nazywającą się Pseudo-nitzschia multiseries, padło podejrzenie badaczy. Jej gigantyczny zakwit obserwowano bowiem w wodach nieopodal hodowli omułków w czasie, gdy doszło do zatruć. Testy potwierdziły, że nie tylko krasnorosty, ale również smukłe okrzemki potrafią wytwarzać kwas domoikowy. Gdy zakwit jest intensywny, zamieniają się w wielkie biologiczne fabryki toksyny.

Większość okrzemek, nawet jeśli zakwitają, nie przejawia najmniejszych skłonności do wytwarzania biotoksyn. Tylko nieliczne mają taki nieprzyjemny zwyczaj. Te trucizny kumulują się następnie w organizmach żerujących na planktonie zwierząt – głównie mięczaków i skorupiaków. Nie czynią im jednak większej szkody. Zagrożone są natomiast kolejne ogniwa łańcucha pokarmowego – ryby, ssaki i ptaki morskie, a coraz częściej także ludzie, w miarę jak przybywa wśród nas amatorów owoców morza. U tych końcowych konsumentów następuje kumulacja toksyn, a ich stężenie może osiągać poziom niebezpieczny dla życia.

Karma dla glonów

Okrzemki nie są oczywiście jedynymi przedstawicielami morskiego planktonu powodującymi zakwity wody. Szacuje się, że taki potencjał ma około trzystu gatunków glonów. Wiele wód przybrzeżnych przeżywa od czasu do czasu inwazję toksycznych jednokomórkowców. Niektóre akweny, zazwyczaj te sąsiadujące z terenami zurbanizowanymi lub intensywnie użytkowanymi rolniczo, zamieniają się w wylęgarnie trucizn co roku. Zawierają bowiem dużo azotu i fosforu, których źródłem są ścieki miejskie, zakłady przemysłowe i pola uprawne. Na tak obfitym nawozie glony potrafią się rozmnażać błyskawicznie, jeśli tylko pozwolą im na to inne czynniki ograniczające ich ekspansję (np. światło, temperatura, zasolenie czy natlenienie).

Powróćmy jeszcze na chwilę na Wyspę Księcia Edwarda. Do gigantycznego zakwitu okrzemek doszło tam po trwających wiele tygodni intensywnych deszczach. Rzeki zniosły do morza olbrzymie ilości substancji odżywczych, które okazały się doskonałą pożywką dla glonów. W litrze wody morskiej w pobliżu trefnej hodowli omułków znajdowało się około 15 mln okrzemek. Stężenie kwasu domoikowego w małżach sięgało 800 µg na gram masy ciała (bezpieczna norma to 20µg/g). U brzegów wyspy jeszcze kilka razy odnotowano inwazję toksycznych okrzemek Pseudo-nitzschia multiseries. Zawsze dochodziło do nich późną jesienią. Każdy taki epizod stawiał na nogi służby sanitarne. Wielkim zaskoczeniem było natomiast pojawienie się kwasu domoikowego wiosną 2002 roku. Winowajcą okazała się zimnolubna okrzemka Pseudo-nitzschia seriata, podróżująca chętnie z górami lodowymi. Natychmiast zamknięto wszystkie hodowle mięczaków na atlantyckim wybrzeżu Kanady do czasu, aż zagrożenie minęło.

To ostatnie zdarzenie powinno stanowić przestrogę dla innych. W zanieczyszczonych, przenawożonych i cieplejszych morzach glony czują się coraz lepiej. Zakwitają obficie w nowych miejscach oraz w sezonach uważanych wcześniej za bezpieczne. Zakwity przybierają coraz większe rozmiary, podnosząc ryzyko pojawienia się biotoksyn. Nawet jeśli nie zagrożą one zdrowiu ludzi, bo uda się na czas pozamykać wszystkie zagrożone plaże i hodowle mięczaków, to spowodują znaczne straty ekonomiczne.

Strute lwy morskie

W ciągu ostatnich 20 lat do toksycznych zakwitów okrzemek doszło m.in. w Szkocji, Danii, Francji, Hiszpanii, Portugalii, Włoszech, Japonii, USA i Nowej Zelandii. W dwóch ostatnich krajach zanotowano kilka kolejnych przypadków ASP. Inny reprezentant tej rodziny Pseudo-nitzschia multistriata pojawia się regularnie w Zatoce Neapolitańskiej. Zakwita wczesną wiosną, kiedy morze ma temperaturę 15 °C. Od pewnego czasu zakwitom towarzyszy produkcja kwasu domoikowego. Toksyna jest też obficie produkowana u zachodnich wybrzeży USA. Badacze prowadzący badania w pobliżu Kalifornii przypuszczają, że kwas domoikowy mniej więcej od 10 lat regularnie podtruwa stada lwów morskich, wielorybów i innych ssaków. Wiele z nich zabija. Szkodzi również ptakom morskim. Pamiętacie film Hitchcocka „Ptaki”? Jego scenariusz został osnuty na autentycznym wydarzeniu w miejscowości Capitola w Kalifornii w 1961 roku. Stada ogłupiałych ptaków zaatakowały tam ludzi. Dziś naukowcy podejrzewają, że zwierzęta mogły się struć kwasem domoikowym znajdującym się w rybach.

Na dodatek nowe badania przeprowadzone przez zespół pod kierunkiem Claudii Benitez-Nelson z Uniwersytetu Południowej Karoliny (opublikowane w marcu tego roku w miesięczniku „Nature Geoscience”) dowodzą, że zagrożenie kwasem domoikowym nie kończy się z chwilą, gdy glony przestają zakwitać. Toksyna opada bowiem na dno morza wraz z martwymi okrzemkami i tam się gromadzi. Jej poziom, jak stwierdzili naukowcy, przekracza wielokrotnie normy bezpieczeństwa. Najprawdopodobniej trujący związek przenika do organizmów zwierząt i larw żerujących na dnie, po czym wędruje w górę drabiny pokarmowej, stanowiąc dodatkowe zagrożenie dla fauny oceanicznej. Inne świeżej daty badania pochodzące z tego regionu („Environmental Health Perspectives”, styczeń 2009) wiążą z działaniem kwasu domoikowego coraz częściej obserwowane ataki epileptyczne obserwowane u młodych uchatek, które żyją w pobliżu wód, gdzie zakwity okrzemek powtarzają się regularnie. Takich zakwitających akwenów jest coraz więcej. Wydłuża się też lista potencjalnie toksycznych gatunków. To oczywiście również konsekwencja tego, że potrafimy je coraz lepiej rozpoznawać. Jednak główna przyczyna, jak się wydaje, jest inna: wielu toksycznym glonom, nie tylko okrzemkom, żyje się w morzach coraz wygodniej, mnożą się więc na potęgę.

Paraliżujące Alexandrium

Bardzo groźne, a co gorsza, coraz częstsze są zakwity glonów produkujących toksyny o działaniu paraliżującym. Zatrucia nimi mogą doprowadzić do zgonu w ciągu kilkunastu godzin od zjedzenia zatrutych owoców morza. Główne zagrożenie stanowią przedstawiciele rodzaju Alexandrium zamieszkujący morza klimatu umiarkowanego, przede wszystkim północny Atlantyk oraz wschodnią część północnego Pacyfiku. Glony te wytwarzają wiele niebezpiecznych substancji, z których najpowszechniejsza i najlepiej poznana jest saksytoksyna. Gromadzi się głównie w organizmach małży, rzadziej – krabów i ślimaków morskich.

Pierwszym objawem zatrucia saksytoksyną, zwykle pojawiającym się już w pół godziny od konsumpcji feralnych małży, jest mrowienie języka. Następnie pojawia się paraliż mięśni twarzy i szyi. W łagodniejszych zatruciach zazwyczaj na tym się kończy, w ostrych – pechowca dopadają trudności w mówieniu, połykaniu i oddychaniu. Szybko postępujący paraliż układu oddechowego może doprowadzić do zgonu w ciągu 2–12 godzin. Mniej więcej co 10 zatrucie jest śmiertelne.

Pierwsze udokumentowane zatrucia saksytoksyną wystąpiły w Japonii, potem w USA i Europie. W 1987 roku w Wielkiej Brytanii trzy osoby zmarły i wiele się zatruło po zjedzeniu toksycznych mięczaków. W tym samym roku w Gwatemali umarło aż 26 osób, a winowajcą był osobnik o nazwie Pyrodinium bahamense, także podczas zakwitów wytwarzający saksytoksynę. Inwazje glonów mogących wywołać zatrucie paraliżujące obserwuje się obecnie na całym świecie – od Alaski po Chile i od Brazylii po Australię, podczas gdy kilka dekad temu występowały one (a przynajmniej taką wiedzę mieli na ten temat naukowcy) tylko w paru miejscach na globie.

Od biegunki do depresji

To samo dotyczy bardzo powszechnych, lecz na szczęście mniej groźnych, w porównaniu z poprzednimi, zatruć biegunkowych. Wywołują je rozmaite związki (kwas okadaikowy, kwas azaspirowy, yessotoksyna i inne) wytwarzane przez glony z rodzajów Dinophysis i Prorocentrum. Typowe objawy to: mdłości, wymioty i niemal zawsze uporczywe biegunki, którym towarzyszą bolesne skurcze żołądka. Wyzdrowienie następuje zwykle po trzech dniach. Zatrucia biegunkowe obserwuje się na całym świecie, ale najczęściej dochodzi do nich w Europie i we wschodniej Azji. Pierwsze przypadki opisano w latach 60. w Holandii, potem w Japonii. W tym drugim kraju odnotowano do tej pory około 1300 zatruć. W Hiszpanii w 1981 roku wymioty i biegunkę po spożyciu małży miało 5 tys. osób, we Francji w latach 1984 i 1986 konsumpcję mięczaków odchorowało po kilka tysięcy ludzi. Masowe, choć nie tak liczne zatrucia wystąpiły też w Skandynawii, Irlandii, Chile i kilku innych krajach.

Mniej znane, lecz – według lekarzy z amerykańskiego National Institute of Environmental Health Sciences – najbardziej rozpowszechnione zatrucie morskimi biotoksynami wiąże się z konsumpcją ryb zamieszkujących rafy koralowe. W ich ciałach kumulują się związki zwane ciguatoksynami i maitotoksynami wytwarzane głównie przez tropikalny glon Gambierdiscus toxicus. Szacuje się, że około 50 tys. ludzi zatruwa się co roku tymi truciznami.

To dane orientacyjne, dokładnych statystyk nikt nie prowadzi. Rejestrowane są tylko cięższe zatrucia, gdy chory trafia do lekarza. Wiele takich przypadków notuje się na Karaibach i w Zatoce Meksykańskiej. Inne regiony podwyższonego ryzyka to: zachodnia część tropikalnego Pacyfiku oraz Hawaje. Rybę zatrutą jedną z dwóch toksyn można jednak złowić praktycznie wszędzie tam, gdzie są rafy koralowe, tym bardziej że glony Gambierdiscus ostatnio rozszerzyły swój zasięg. Śmiertelne zatrucia ludzi, głównie z powodu niewydolności oddechowej, zdarzały się po zjedzeniu wątroby i innych organów ryby, gdzie kumuluje się najwięcej trujących związków. Faza ostra może na dodatek przejść w chroniczną, która objawia się wielomiesięcznymi bólami głowy i mięśni oraz rozbiciem psychicznym. Obie toksyny stanowią też zagrożenie dla płodu i przenikają do mleka matki. Ponieważ nie ma metody pozwalającej wykluczyć w stu procentach ich obecność w rybie, najrozsądniej jest nie jadać gatunków żerujących na rafach.

Czy powinniśmy również unikać innych owoców morza, rozmaitych jakże smakowitych małży i skorupiaków? Ależ skądże. W cywilizowanych krajach istnieją wielopiętrowe systemy nadzoru hodowli i handlu takimi produktami. W krajach mniej cywilizowanych lepiej jednak być ostrożnym – w dobrej restauracji raczej się nie zatrujemy, w innych miejscach może być różnie.

ANDRZEJ HOŁDYS jest niezależnym dziennikarzem popularyzującym nauki o Ziemi, współpracownikiem „WiŻ”.

http://portalwiedzy.onet.pl/4868,12799, ... pisma.html

_________________
Co raz to z ciebie jako z drzazgi smolnej
Wokoło lecą szmaty zapalone
Gorejąc nie wiesz czy stawasz się wolny
Czy to co twoje ma być zatracone
Czy popiół tylko zostanie i zamęt
Co idzie w przepaść z burzą czy zostanie
Na dnie popiołu gwiaździsty dyjament


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: badania naukowe
PostNapisane: środa, 22 lipca 2009, 09:39 
Offline
Avatar użytkownika

Dołączył(a): poniedziałek, 24 listopada 2008, 11:09
Posty: 381
Dla tych co pracują dla naszego uniwersytetu nawet we wakacje, dosyć dyskusyjne i kontrowersyjne badania naukowe i jeszcze bardziej kontrowersyjny komentarz dziennikarski:

Ile warte jest szczęście
"Kocham cię, więc daj mi 163 424 funty, a potem odwal się, ty..."

Co byś wolała: deklarację miłości czy 163 424 funty w podarunku? W porządku, nie rób sobie wyrzutów. Jest recesja. Każdy mógł odpowiedzieć tak samo.

Otóż, zdaniem organizacji o imponująco naukowej nazwie BrainJuicer te dwie oferty są sobie dokładnie równoważne. Pytając tysiąc Brytyjczyków o poziom szczęścia wywołanego "znaczącymi zdarzeniami życiowymi", naukowcy porównali ich odpowiedzi z zadowoleniem, jakie daje wygrana na loterii, po czym obliczyli, że usłyszenie słów "kocham cię" daje dokładnie tyle przyjemności co 163 424 funty.

Jeśli jesteś osobą szczodrą, naprawdę powinnaś krzyczeć "Kocham cię" przynajmniej raz dziennie. (Oczywiście, o ile nie pracujesz jako prostytutka. To byłoby niekorzystne z ekonomicznego punktu widzenia, powodując znaczny spadek dochodów w przyszłości.)

Te same badania wykazały, że dobre zdrowie warte jest 180 105 funtów na skali szczęścia. To duża suma – pomyśl tylko, ile za to można kupić fajek.

Wyjazd na wakacje jest wart 91 759 funtów. Pamiętaj o tym, gdy za dwa tygodnie będziesz wrzeszczeć na krnąbrnego pracownika biura podróży: "Wydałam 750 funtów na pobyt w tej dziurze, ty złodziejski pomiocie!". 91 759 to dobra cena, nieprawdaż? Oczywiście, chętnie bym wynajęła na lato swoje mieszkanie tym ludziom z BrainJuicer. Mogłabym nawet parzyć im rano herbatę.

Uprawianie seksu odpowiada 105 210 funtom – co jest lepszą wiadomością dla naszej ciężko pracującej prostytutki, chociaż naukowcy zwracają uwagę, że jest to warte mniej niż regularny śmiech – 108 021 funtów. Jednak biorąc pod uwagę, jacy ludzie odwiedzają prostytutki, profesjonalistki mogłyby jednocześnie robić jedno i drugie.

Ten pasjonujący sondaż został zlecony przez Steve’a Henry’ego, autora książki "You Are Really Rich: You Just Don't Know it". - Ludzie szukają czegoś, co zastąpi pieniądze jako ogólne kryterium wartości - wyjaśnia pan Henry. – Książka mówi o nowej alternatywie dla systemu czysto finansowego.

No cóż, tak naprawdę tego nie robi. Po prostu wymienia wiele miłych rzeczy i wpycha je do systemu finansowego. Niemniej jednak ten paragraf z książki Steve’a musiał ci się spodobać, ponieważ czytanie jest warte 53 660 funtów. Dalej, zrób sobie przyjemność; przeczytaj jeszcze raz.

Jednak prawdziwą perełką na tej iście życiowych wartości jest to, że ”bycie w stabilnym związku” warte jest 154 849 funtów.

I jest to oparte na prawdziwym sondażu, dotyczącym prawdziwych ludzi. Czy zauważasz tu coś dziwnego? Przypomnę, że usłyszenie "Kocham cię" jest warte 163 424 funty. Znaczy to, że wierzymy, iż szczęśliwy i stabilny związek nie jest aż tak wartościowy, jak romantyczna przypadkowa deklaracja. Słowa są warte więcej niż czyny. Zainwestujemy raczej w oszukańczego, złotoustego żigolaka niż w solidnego, godnego zaufania faceta, który nie mówi jak Julio Iglesias.

http://portalwiedzy.onet.pl/4868,11127, ... pisma.html

_________________
Co raz to z ciebie jako z drzazgi smolnej
Wokoło lecą szmaty zapalone
Gorejąc nie wiesz czy stawasz się wolny
Czy to co twoje ma być zatracone
Czy popiół tylko zostanie i zamęt
Co idzie w przepaść z burzą czy zostanie
Na dnie popiołu gwiaździsty dyjament


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: badania naukowe
PostNapisane: niedziela, 26 lipca 2009, 10:02 
Offline

Dołączył(a): czwartek, 18 grudnia 2008, 20:02
Posty: 158
[quote="aleksander.kobylarek"]

Czegóz to ludzie nie wymyślą,aby być zauważalni?

Sondaż zlecony przez pana Steve"a Henry"ego jest zaskakujący.

Jakże można zamienić w wartość monetarną uczucie? Przecież nie ma możliwości przeliczenia takich doznań. Celowo piszę doznań ,gdyż nie bardzo chcę wierzyc w radość bezgraniczną ,kiedy słowo kocham dotrze do osoby najmniej tym zainteresowanej.Myślę ,że nie mylę pojęc w odczuwaniu takich wyznań.
Ciekawi mnie fakt ,ot choćby prosty:Przychodzi ktos np.do mnie i rzecze:"kocham cię".Na pewno moje myśli wybiegałyby w kierunku potrzeby pomocy psychiatrycznej,dla jegomoście ,no chyba ,że wcześniejszy rozwój wydarzeń byłby wstępem do takiego preludium.
W przypadku słów o zabarwieniu uczuciowym NIC NIE ZASTĄPI MOCY DUSZY .Nie ma takiej ceny.

Ale i tak cieszę sie ,że chociaż w taki sposób /mailowy/ możemy się określać ..

Pozdrawiam wakacyjnie wszystkich obecnych na forum i poza nim.j.j. :-

bd :-h :)] :)] :)] :)] :)]

_________________
Ciesz się życiem bez względu na pogodę.


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: badania naukowe
PostNapisane: niedziela, 26 lipca 2009, 16:10 
Offline
Avatar użytkownika

Dołączył(a): środa, 3 grudnia 2008, 21:10
Posty: 81
:-h Pomijając swoje odczucia co do sensowności czy bezsensowności badań Steva'a Henry'ego (myślę zresztą podobnie jak p. Przewodnicząca) chciałabym podkreślić, że miłe jest to że "ktoś" pamięta o swoich słuchaczach w czasie wakacji i mobilizuje do zaglądania na Forum i ułatwia "pobycie" chociaż troszeczkę razem. A wakacje to my przecież mamy cały rok .......
a chodzenie na UTW to przyjemność, a nie praca! \:D/

_________________
"Keep smiling" - uśmiechnij się !


Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 102 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1 ... 5, 6, 7, 8, 9, 10, 11  Następna strona


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający to forum: Brak zalogowanych użytkowników i 1 gość


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
cron
Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL