Forum Wirtualnego Uniwersytetu Trzeciego Wieku




Autor Wiadomość
 Tytuł: Re: badania naukowe
PostNapisane: wtorek, 10 lutego 2009, 09:39 
Offline
Avatar użytkownika

Dołączył(a): poniedziałek, 24 listopada 2008, 11:09
Posty: 381
Na co wydać pieniądze, by dały szczęście?
Jak wiadomo pieniądze szczęścia nie dają. A czy daje je to, co możemy za nie kupić? Okazuje się, że tak, ale pod warunkiem, że są to doświadczenia - informuje serwis "EurekAlert!".
Badacze z San Francisco State University ustalili, że wydanie pieniędzy na bilet do teatru, kolację w restauracji czy ciekawa wycieczkę daje więcej szczęścia niż zakup nowego ubrania lub gadżetu.

Poprawa samopoczucia wynika z zaspokojenia potrzeb wyższych niż potrzeba posiadania, m.in. potrzeby więzi społecznych.

Osoby uczestniczące w badaniu poproszono o udzielenie odpowiedzi na temat ich ostatnich zakupów. Okazało się, że większość osób wyżej oceniła te zakupy, które pozwoliły im czegoś doświadczyć, niezależnie od ich zarobków i ilości wydanych pieniędzy.

- Doświadczenia stanowią kapitał wspomnień. Szczęśliwe wspomnienia nie znudzą nas tak szybko jak rzeczy materialne - mówi autor badań, psycholog Ryan Howell

http://wiadomosci.onet.pl/1913322,69,na ... ,item.html

_________________
Co raz to z ciebie jako z drzazgi smolnej
Wokoło lecą szmaty zapalone
Gorejąc nie wiesz czy stawasz się wolny
Czy to co twoje ma być zatracone
Czy popiół tylko zostanie i zamęt
Co idzie w przepaść z burzą czy zostanie
Na dnie popiołu gwiaździsty dyjament


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: badania naukowe
PostNapisane: wtorek, 10 lutego 2009, 14:08 
Offline

Dołączył(a): wtorek, 10 lutego 2009, 14:03
Posty: 1
Według mnie pieniądze dają szczęście. Leoiej z bogatym zgubić, aniżeli z biednym znależć.


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: badania naukowe
PostNapisane: wtorek, 10 lutego 2009, 18:28 
Offline
Avatar użytkownika

Dołączył(a): niedziela, 30 listopada 2008, 12:20
Posty: 72
[quote="aleksander.kobylarek"]Na co wydać pieniądze, by dały szczęście


Czy szczęście można kupić?Jeżeli tak -to czy to jest rzeczywiście szczęście?
.
Pewnie,że miec pieniądze tzn. byc spokojnym o swój byt.Byt zabezpieczony stwarza świadomość radości i chyba szczęścia jeżeli mamy je rozpatrywać pod tym kątem.A wydawanie pieniędzy dla jednych jest przyjemnoscią dla drugich tragedią ,w szczególoności ,gdy ich zasoby są niewielkie [-x (-|


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: badania naukowe
PostNapisane: wtorek, 10 lutego 2009, 23:21 
Offline

Dołączył(a): sobota, 7 lutego 2009, 20:08
Posty: 92
Pieniądze nie dają szczęścia bezpośrednio, ale pozwalają spełniać marzenia. A czy spełnione marzenie, np. zobaczyć fiordy albo piramidy albo sprawić radość dziecku nową zabawką, kiedy usiądzie z nią na podłodze już w przedpokoju i zażąda aby mu nie przeszkadzać, to nie jest przypadkiem szczęście?


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: badania naukowe
PostNapisane: sobota, 21 lutego 2009, 08:46 
Offline
Avatar użytkownika

Dołączył(a): poniedziałek, 24 listopada 2008, 11:09
Posty: 381
Sprawdzamy, czy Einstein miał rację
Od 46 lat Francis Everitt, fizyk z Uniwersytetu Stanforda, działa na rzecz dość ryzykownego sukcesu misji Gravity Probe B - być może najbardziej egzotycznego eksperymentu, jaki kiedykolwiek podjęto w kosmosie.

Teraz wreszcie, dzięki nagłej pomocy finansowej pochodzącej z dwóch niezwykłych źródeł sukces znalazł się w zasięgu ręki.

Wymyślony w końcu lat 50., sfinansowany (w wysokości 750 milionów dolarów) przez NASA i wyniesiony na orbitę w 2004 roku satelita Gravity Probe B miał zweryfikować dwa elementy ogólnej teorii względności, sformułowanej przez Alberta Einsteina. Według pierwszego, zwanego efektem geodetycznym, duże ciała niebieskie takie jak Ziemia zakrzywiają czas. Można to porównać do rozciągania się trzymanej przez dwie osoby gumowej płachty, na której położono coś ciężkiego, na przykład kulę do gry w kręgle. Drugi interesujący naukowców element teorii Einsteina to zakrzywienie przestrzeni i czasu wokół obracającej się Ziemi. Możemy o nim mówić, kiedy ruch obrotowy dużego obiektu "kręci" również znajdującą się wokół przestrzeń i czas - zakręć leżącą kulą, a gumowa płachta skręci się wraz z nią.

Aby jakoś zmierzyć te zjawiska, Everitt i jego stanfordzcy współpracownicy wyposażyli satelitę Gravity Probe B w specjalny teleskop i kilka kul, mających pełnić rolę żyroskopów. Teleskop skierowali na punkt odniesienia - odległą gwiazdę IM Pegasi, po czym rozkręcili żyroskopy tak, by ich osie wskazywały dokładnie tę samą gwiazdę. Jeśli Einstein miał rację, to z biegiem czasu oś żyroskopów, w reakcji na deformację czasoprzestrzeni, powinna się nieznacznie odchylić od swej początkowej pozycji.

Naukowcy ze Stanforda zebrali dane odpowiadające 11,5-miesięcznej transmisji z satelity Gravity Probe B. Wyniki popsuło jednak drobne, nieprzewidziane odchylenie żyroskopów. Everitt musiał prosić NASA o dodatkowy czas i pieniądze na to, by jego jedenastoosobowy zespół mógł znaleźć jakieś rozwiązanie i oczyścić dane.

Cztery pracowite lata później zespół potwierdził efekt geodetyczny i sprawił, że w zasięgu ręki znalazł się także wiarygodny wynik badania zakrzywienia przestrzeni. Mimo tego w maju NASA została zmuszona, by zaprzestać finansowania projektu. Mogło się to źle skończyć, ale znany z nieustępliwości i z uroku osobistego Everitt opiekował się Gravity Probe B, prowadząc misję przez kolejne, trudne doświadczenia.

Aby wytrwać do 2008 roku, badacz pozyskał wsparcie (w wysokości 500 tysięcy dolarów) od Richarda Fairbanka - założyciela i dyrektora generalnego Capital One Financial i jednocześnie najmłodszego syna jego dawnego mentora, fizyka z Uniwersytetu Stanforda Williama Fairbanka. Richard Fairbank zastrzegł sobie, że zarówno Uniwersytet Stanforda jak i NASA dołożą po takiej samej sumie. Tak też się stało.

Jednak do połowy 2008 roku całe 1,5 miliona dolarów rozeszło się. Wtedy to Everitt zwrócił się do Turki al-Sauda, wiceprzewodniczącego instytutów badawczych w King Abdulaziz City for Science and Technology w Arabii Saudyjskiej oraz członka saudyjskiej rodziny królewskiej. Turki al-Saud, który na Stanfordzie zrobił doktorat z aeronautyki i astronautyki, zorganizował grant w wysokości 2,7 miliona dolarów. Prace trwają.

Przez myśl mi nie przeszło, że miałbym kiedykolwiek odwiedzić Rijad [stolica Arabii Saudyjskiej - przyp. Onet] – powiedział Everitt. - Będziemy potrzebowali więcej pieniędzy, ale i 2,7 miliona dolarów jest bardzo pomocne. Pomyślne zakończenie eksperymentu znów stało się realne.

Idea misji Gravity Probe B zrodziła się u zarania epoki kosmicznej. Jej ojcami są stanfordzki fizyk Leonard Schiff oraz George E. Pugh z Amerykańskiego Departmentu Obrony. W 1959 roku Schiff wciągnął do projektu Williama Fairbanka, a trzy lata później Fairbank skłonił do przyjazdu urodzonego w Wielkiej Brytanii Everitta. Od tej pory 74-letni Everitt kieruje misją.

O ile sam eksperyment był stosunkowo prosty, o tyle bezprecedensowe okazały się związane z nim wymogi inżynieryjne. (…)

Aby w eksperymencie z wykorzystaniem obiektu tak dużego jak Ziemia, dało się obliczyć bardzo małe kąty odchylenia osi żyroskopów, żyroskopy te trzeba było niemal zupełnie pozbawić tarcia i uwolnić od przeróżnych oddziaływań: gorąca, pola magnetycznego czy nieprzewidywalnych drgań. W środowisku kosmicznym wykluczenie tych czynników było na szczęście możliwe.

Sukces nie był jednak murowany. Wymagał zastosowania trzymanych w tajemnicy, często niespotykanych wcześniej technologii. Na przykład pokryte niobem, cztery szklane żyroskopy wielkości piłeczki do ping-ponga, są najbardziej idealnie kulistymi przedmiotami wykonanymi przez ludzi. Przed działaniem ziemskiego pola magnetycznego żyroskopy miała chronić ołowiana ”torba” wielkości trumny. Wielki, pełniący rolę termosu pojemnik zawierał niemal 2,5 tysięcy litrów nadciekłego helu, schładzającego kulki do temperatury bliskiej zera absolutnego (…).

Mierzącego około siedem metrów i ważącego trzy tony satelitę wystrzelono 20 kwietnia 2004 roku. Gravity Probe B stał się bardzo drogim przyrządem – szczególnie że zaprojektowanym, aby udowodnić coś, co wielu naukowców i tak w końcu zaakceptowało jako fakt dowiedziony przez fizykę teoretyczną i niektóre wcześniejsze eksperymenty.

Dla Everitta nie miało to znaczenia. - Robimy pomiary z wykorzystaniem obiektu o bardzo dużej masie i to jest w tym najważniejsze – mówił. – O tym mówi ogólna teoria względności i o to chodzi w tym eksperymencie.

Misja nie szła jednak zgodnie z planem. Niobowe pokrycie żyroskopów i ich obudowy miało pewne nierówności, co (…) spowodowało odchylenie żyroskopów. Misja zakończyła się w 2005 roku, ale od tej pory naukowcy ze Stanforda szczegółowo analizują wszelkie nierówności niobu na każdym z żyroskopów, wykrywając wzorce zniekształceń i oddzielając dane od szumu.

Prace zespołu posuwają się do przodu. (…) Badania efektu geodetycznego potwierdziły oczekiwane zakrzywienie czasoprzestrzeni przez Ziemię z dokładnością co do jednego procenta, a kolejne prace mają poprawić dokładność tych wyników.

- Udało się przeprowadzić misję w kosmosie, ale wiarygodność uzyskanych wyników stała pod dużym znakiem zapytania – mówi Michael Salamon, badacz z Programu Fizyka Kosmosu w NASA i zagorzały zwolennik projektu (…). – A potem naukowcy podejmują się to naprawić. Szczerze mówiąc to szalenie imponujące, a gdy uda im się tego dokonać, na pewno będzie o tym głośno.

_________________
Co raz to z ciebie jako z drzazgi smolnej
Wokoło lecą szmaty zapalone
Gorejąc nie wiesz czy stawasz się wolny
Czy to co twoje ma być zatracone
Czy popiół tylko zostanie i zamęt
Co idzie w przepaść z burzą czy zostanie
Na dnie popiołu gwiaździsty dyjament


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: badania naukowe
PostNapisane: sobota, 21 lutego 2009, 19:32 
Offline
Avatar użytkownika

Dołączył(a): niedziela, 30 listopada 2008, 12:20
Posty: 72
[quote="aleksander.kobylarek"]Sprawdzamy, czy Einstein miał rację

Na pewno Pan Zbigniew Osiak wykładowca fizyki u nas powiedziałby dużo ,duzo więcej na ten temat chociaz Jego wykład .."dlaczego Einstein nie był kobietą" cieszył sie duża aprobatą.Miło. :-B


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: badania naukowe
PostNapisane: czwartek, 19 marca 2009, 07:24 
Offline
Avatar użytkownika

Dołączył(a): poniedziałek, 24 listopada 2008, 11:09
Posty: 381
Nic już nie będzie jak dawniej
Prof. Witold Orłowski, ekonomista: Jakie są scenariusze rozwoju sytuacji gospodarczej w ciągu najbliższego dziesięciolecia? Pesymistyczny jest mniej katastroficzny, niż się boimy, ale pozytywny mniej optymistyczny, niż byśmy chcieli. Rozmawiał Ryszard Holzer

Ryszard Holzer: Przeglądałem prognozy gospodarcze z ostatniego roku i zrealizowały się głównie te najgorsze. Czy jest więc sens pytać o bardziej optymistyczne?

Witold Orłowski: Warto pytać i o optymistyczne, i o pesymistyczne. Scenariusze piszemy nie dlatego, że jesteśmy w stanie odgadnąć, co się zdarzy, bo to może wiedzieć tylko Pan Bóg (przynajmniej według św. Augustyna, inni filozofowie mają już wątpliwości). Natomiast takie projekcje to gimnastyka intelektualna, która pozwala lepiej zrozumieć, co się dzieje.

Dwa lata temu większość prognoz pokazywała, że za 10 czy najwyżej 20 lat gospodarka Chin przeskoczy Stany. Tymczasem prosta analiza ekonomiczna pokazuje, że Chiny nie mogły w nieskończoność poruszać się po tej samej ścieżce wzrostu gospodarczego. Przez ćwierć wieku rozwijały się błyskawicznie dzięki corocznemu zwiększaniu nadwyżki handlowej ze Stanami. W pewnej chwili ten trend musiał się urwać, bo dług amerykański urósł do rozmiarów niemal niemożliwych do spłacenia. A to, że się urwał, może oznaczać, iż proces doganiania Ameryki może trwać np. 50 lat. Już na innej ścieżce wzrostu, w inny sposób. Ale dopóki nie zadano pytania, czy i kiedy Chiny dogonią Stany, nie można było dostrzec, że trwający trend musi ulec zmianie.

Jakie więc przewiduje Pan scenariusze na najbliższe lata? Może się zdarzyć coś jeszcze gorszego?

Może się zrealizować coś, co ekonomiści nazywają „scenariuszem japońskim”. Japonia przez ponad 30 lat rozwijała się w znakomitym tempie, ale banki udzielały koncernom gigantycznych kredytów w wyniku rozmaitych dziwnych powiązań, prawie że mafijnych. Narastała potężna nierównowaga gospodarcza w postaci pożyczek na przedsięwzięcia, które nie miały sensu. W 1992 r. te wstydliwe tajemnice wyszły na jaw i gospodarka japońska stanęła w miejscu na wiele lat.

Wyobraźmy sobie, że to się powtarza w skali globalnej: w ciągu dwóch lat gospodarka światowa spada o 10-15 proc. Ale najgorsze przychodzi potem, bo po spadku wcale się nie odbija, tylko wpada w stagnację, a jednocześnie powraca presja inflacyjna.

Obecnie banki centralne pompują w rynek niewiarygodne ilości pieniędzy. Ale te pieniądze w ogromnej mierze nie płyną do gospodarki, bo sektor bankowy, bojąc się utraty płynności, woli je trzymać na kontach w banku centralnym albo kupować obligacje rządowe. Gdy się okaże, że gospodarka realna dotyka dna i masowe bankructwa już nie grożą, banki zaczną udzielać kredytów, bo nie mogą w nieskończoność siedzieć na górze gotówki.

Wówczas na rynek trafia duża ilość pieniądza, więc rosną ceny. W tej sytuacji banki centralne, by nie dopuścić do wysokiej inflacji, muszą drastycznie podwyższyć stopy procentowe.

Tak jak to zrobił Paul Volcker, szef Rezerwy Federalnej na początku lat 80., podnosząc amerykańskie stopy procentowe do 20 proc. Nawiasem mówiąc, dziś jest doradcą Obamy.

Tak, podobnie.

Te 20 proc. hamuje nowe inwestycje. A ponieważ silne odbicie gospodarcze jest niemożliwe bez inwestycji, więc w tym najczarniejszym scenariuszu po silnych spadkach gospodarki światowej wcale nie czeka nas odbicie, ale długie lata stagflacji – stagnacji połączonej z wysoką inflacją.

10-15 proc. spadku światowej gospodarki? To nie jest takie straszne, w końcu Wielki Kryzys to był spadek o 30 proc.

Proszę patrzeć na konsekwencje. Nie dla bogatej Ameryki czy Europy Zachodniej, tylko dla biedniejszej reszty świata. Jeśli kryzys będzie narastał, to w Chinach grozi wybuch. Wyobraźmy sobie dziesiątki milionów chłopów ściągniętych do miast, nagle bez pracy. Legitymacją rządu w Pekinie było dotąd to, że zapewniał ludziom pracę i rosnące dochody. Taki rodzaj kontraktu, jeszcze z czasów Denga – my dobrze rządzimy Chinami, wy zarabiacie pieniądze i nie żądacie swobód. Co się stanie, gdy partia komunistyczna nie będzie w stanie wywiązać się z kontraktu?

Może narodzi się chińska Solidarność i partia komunistyczna upadnie?

Gdy w czerwcu 1989 r. u nas były wybory, tam masakrowali studentów na Tiananmen. To było pokazanie – jesteśmy gotowi dać wam dobrobyt, ale kto spróbuje się przeciwstawić, tego rozstrzelamy. W historii Chin nic nie było łagodne. Gdy dochodziło do wojen domowych czy rewolucji, kosztowały dziesiątki milionów ofiar. Na mniejszą skalę podobne problemy może mieć Rosja.

Jakie to wszystko ma konsekwencje dla nas?

U nas też nie będzie wesoło. Bezrobocie rzędu 15 proc., wzrost najwyżej o 2-3 proc. rocznie. Póki będzie działał rynek unijny, jakoś damy radę. Ale wyobraźmy sobie, że po fazie spadków Europa Zachodnia jest w beznadziejnej stagnacji – fabryki są otwierane w Polsce, a zamykane we Francji. Co się stanie, gdy bezrobotni postawią prezydenta pod ścianą i powiedzą: „albo jesteś za Francją, albo za Unią”?

Rozpad Unii...

Najpierw próbuje się negocjować wewnątrz Unii prawo do użycia narzędzi protekcjonistycznych, ograniczających swobodę przepływu kapitału. Ale gdy Europa Wschodnia na to się nie godzi, to na Zachodzie ktoś się wyłamuje i ogłasza, że nie pozwoli na przenoszenie fabryk na Wschód. Następuje cofnięcie procesu, który zaszedł w ciągu ostatniego półwiecza, i odbudowanie murów powstrzymujących wymianę produktów, ludzi i kapitału pomiędzy krajami. Według linii, które nakreślił mniej więcej Sarkozy, obwieszczając, że będzie pomagał tylko tym firmom, które się zobowiążą, że nie przeniosą produkcji za granicę. A jak się już wejdzie na tę ścieżkę, to wcześniej czy później kraj X obwieści, że owszem: pomoże ludziom, którzy kupują nowe samochody, ale te samochody muszą być wyprodukowane na miejscu.

Dochodzi do starcia. Komisja Europejska staje po naszej stronie, mówiąc, że to sprzeczne z prawem europejskim i albo kraj X się z tego wycofa, albo go postawi przed Trybunałem Europejskim. A kraj X się nie wycofuje...

Prawdopodobnie zresztą nie robi tego jeden kraj, ale grupa krajów, która zbuduje mur odgradzający całą lub prawie całą strefę euro od reszty Unii. A jak już się zaczyna faktyczny rozpad Unii, to wiadomo, co to oznacza dla polskiego przemysłu odciętego murem na Odrze od zachodnich rynków.

Prawdopodobieństwo tej czarnej wizji?

Liczę, że niewielkie, pewnie 5 proc.

A jaki scenariusz jest najbardziej prawdopodobny?

Recesja przechodzi w latach 2010-11. Rządowe pieniądze pomocowe powodują, że silnik zaskakuje. Gospodarka zaczyna znów rosnąć, ale nie ma powrotu do beztroskich czasów Clintona, kiedy szef Fed Alan Green-

span twierdził, że dzięki „nowej gospodarce” szybkiemu wzrostowi nie musi już towarzyszyć gospodarcza nierównowaga. Znacznie więcej jest regulacji, protekcjonizmu, przyhamowana globalizacja.

Światowe rynki finansowe nieprędko odbudują się w skali sprzed kryzysu. Cały świat rozwija się więc znacznie wolniej. Chiny nie będą rosnąć 10 proc. rocznie, bo Stany nie będą już sobie mogły pozwolić na wysoki deficyt. W Chinach wzrośnie frustracja, gdy będą się rozwijać w tempie 6-7 proc., ale skoro nie ma załamania gospodarki, to jest większa szansa, że zmiany będą następować w sposób ewolucyjny.

Co z Unią?

Od lat 50. integracja europejska postępowała tylko w czasach prosperity. Przyzwolenie społeczne na integrację, wycofanie się z egoizmu narodowego i z protekcjonizmu wzrasta, gdy nie ma bezrobocia. A ponieważ wzrost będzie powolny – powiedzmy rzędu 1,5 proc. – więc integracja przyhamuje. Przenoszenie produkcji na europejski Wschód będzie trwało, ale ostrożnie, w mniejszej skali, żeby nie było awantury we własnym kraju.

W tym scenariuszu Polska wraca do wzrostu, ale umiarkowanego – rzędu 4 proc. To pozwala utrzymać bezrobocie na rozsądnym poziomie, ok. 10 proc., i przez 30-40 lat trwa mozolne nadrabianie luki cywilizacyjnej.

A Europa jako całość?

Na dłuższą metę przesuwanie się środka ciężkości gospodarki światowej znad północnego Atlantyku nad Pacyfik będzie trwać w każdym scenariuszu. Europa będzie regionem z bardzo wysoką jakością życia, ale z niezadowalającą dynamiką. Ludzie nie oceniają samego poziomu życia, ale biorą pod uwagę swoje aspiracje. A ponieważ tych aspiracji nie da się w pełni zaspokoić, więc będą sfrustrowani. Efektem niemożności rozwiązania problemów demograficznych w starzejącej się Europie będzie wyciskanie jak najwięcej podatków z tych, którzy pracują. Młodsi, lepiej wykształceni, będą emigrować do centrów rozwojowych, jak Dubaj czy Singapur, oferujących atrakcyjną pracę z niskim podatkiem. To będzie miało negatywne konsekwencje dla gospodarki, bo nie będą powstawać miejsca pracy z największą wartością dodaną.

Myślałem, że ten najbardziej prawdopodobny scenariusz będzie bardziej neutralny. Budzimy się ze złego snu i jest jak dawniej.

Nic już nie będzie jak dawniej. Będzie lepiej albo gorzej, ale na pewno inaczej.

Także w scenariuszu optymistycznym?

Jeśli scenariusz ma być optymistyczny, to błędy przeszłości muszą zostać poprawione.

Wzrost gospodarczy lat 90. był nie do utrzymania, bo towarzyszyła mu narastająca nierównowaga, konieczne jest więc skorygowanie mechanizmów powodujących nierównowagę. Stany muszą przestać żyć na kredyt, a Chiny muszą się rozwijać dzięki temu, że konsumują to, co produkują. Optymistyczne założenie, bo na razie nikt nie wie, jak do tego doprowadzić...

Kolejny warunek jest taki, że na rynki finansowe nie wrócą hazardowe instrumenty finansowe. Potrzebny jest rodzaj międzynarodowego okrągłego stołu z udziałem USA, Unii, Japonii i Chin, może innych krajów. Pojęcie okrągłego stołu traktuję symbolicznie, bo nie chodzi o to, żeby negocjowali wszyscy ze wszystkimi, ale o dojście do kompromisu, który określi nowy ład finansowy.

Na czym ten ład miałby polegać?

Konieczna jest przejrzystość rynków finansowych, żeby każdy wiedział, co kupuje, a może nawet zakaz sprzedaży aktywów najbardziej toksycznych. Tak jak w przypadku farmaceutyków nie są dopuszczane substancje, które mogą zaszkodzić zdrowiu.

Do tego musiałaby działać jakaś forma państwowej autoryzacji, licencji firm audytorskich, które tę toksyczność oceniają. Czy to możliwe?

Dziś nikt nie kwestionuje, że można wsadzać do więzienia ludzi, którzy rozpuszczają o jakiejś firmie fałszywe pogłoski mogące zachwiać kursem jej akcji. Ale jeszcze w 1928 r. uznano by to za jakieś komunistyczne myślenie, niedopuszczalne ingerowanie w mechanizmy rynku! Różne rzeczy, które wydawały się herezją, po Wielkim Kryzysie stały się oczywiste. Tak będzie i tym razem.

Ale nie chodzi o rozbudowywanie biurokracji rządowej, bo ona też nie umiałaby sobie z tym poradzić. Trzeba znaleźć inteligentne narzędzia, które pozwolą rynkowi działać.

Trzeba jeszcze coś zrobić, żeby światowe rekiny finansowe nie przeniosły się do miejsc, gdzie nie będzie podobnych ograniczeń. W książce „Świat, który oszalał” pisze Pan trochę żartem, że może rozwiązaniem będzie odcięcie kabla telekomunikacyjnego do Wysp Dziewiczych.

Jeśli największe mocarstwa gospodarcze świata zgodzą się, jak hazard finansowy opanować, to musi się też znaleźć metoda na opanowanie potencjalnych ucieczek kapitału i nielegalnych operacji finansowych w rajach podatkowych. One tak naprawdę żyją z cichego przyzwolenia na to, że bogaci Amerykanie, Niemcy czy Japończycy uciekają przed podatkami.

Wróćmy do samego scenariusza. Jak on przebiega?

Optymistycznie można zakładać, choć to mało prawdopodobne, że zadziała plan Obamy i w końcu roku nastąpi odwrócenie trendów spadkowych w USA, a w 2010 r. będzie wzrost (tak twierdzi Międzynarodowy Fundusz Walutowy). Być może nie dojdzie więc do obniżenia PKB w skali świata, tylko do wyhamowania, a od przyszłego roku – przyspieszenia.

Wtedy uda się wrócić do „poprawionej” wersji globalizacji – bez barier protekcjonistycznych, natomiast z bezpiecznikami, które spowodują, że międzynarodowe przepływy kapitału i instrumenty pochodne nie będą „finansową bronią masowego rażenia”, która destabilizuje gospodarki.

A co u nas?

Może nie natychmiast, ale wracamy do przyzwoitego tempa wzrostu. Przy dużej dostępności pracowników stosunkowo niedrogich, ale o niezłych kwalifikacjach, i przy naszym położeniu geograficznym (tuż obok największego rynku świata, jakim jest Zachodnia Europa), będzie się do nas przenosić produkcja o coraz wyższej wartości dodanej. Nie grozi więc ucieczka lepiej wykształconych.

Dobry scenariusz nie polega na tym, że po wiek wieków będą do nas przenoszone fabryki samochodów. Będziemy się przesuwać w górę rozwoju cywilizacyjnego: najpierw samochody, potem np. biotechnologie... W tym i następnym roku bezrobocie będzie jeszcze rosło, może do 15 proc., w 2011 r. jeszcze się zapewne utrzyma, ale w 2012 r. zacznie szybko spadać.

Czyli w scenariuszu pesymistycznym jest Pan mniej katastroficzny, niż się bałem, ale w pozytywnym mniej optymistyczny, niż miałem nadzieję.

Jeśli Polska miałaby się rozwijać dłuższy czas w tempie średnio 6 proc., to czegóż więcej możemy chcieć? To by oznaczało, że za 20-25 lat w zasadzie zniknie różnica w poziomie życia między Zachodnią Europą i nami! Nadrobić taką przepaść w ciągu jednej generacji to byłby wielki sukces.

Prof. Witold Orłowski jest ekonomistą, dyrektorem Szkoły Biznesu Politechniki Warszawskiej, współzałożycielem Niezależnego Ośrodka Badań Ekonomicznych oraz głównym doradcą ekonomicznym PricewaterhouseCoopers Polska. Napisał m.in. książkę „Stulecie chaosu” przedstawiającą możliwości alternatywnej historii XX w.

http://tygodnik.onet.pl/30,0,23420,1,artykul.html

_________________
Co raz to z ciebie jako z drzazgi smolnej
Wokoło lecą szmaty zapalone
Gorejąc nie wiesz czy stawasz się wolny
Czy to co twoje ma być zatracone
Czy popiół tylko zostanie i zamęt
Co idzie w przepaść z burzą czy zostanie
Na dnie popiołu gwiaździsty dyjament


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: badania naukowe
PostNapisane: niedziela, 22 marca 2009, 15:52 
Offline
Avatar użytkownika

Dołączył(a): poniedziałek, 24 listopada 2008, 11:09
Posty: 381
Inteligencja płci
Czy kobiety są inteligentniejsze od mężczyzn? A może na odwrót? Problem jest zbyt skomplikowany, by uprawnione były tego rodzaju uogólnienia.

Pierwszym próbom mierzenia ludzkiej inteligencji towarzyszył spór na temat intelektualnych różnic między kobietami i mężczyznami. Pionierskie testy mierzące inteligencję opierały się na jej specyficznym rozumieniu – jako zestawu ludzkich zdolności, o których wnioskowano w oparciu o szkolne osiągnięcia badanych. Ułożony przez Alfreda Bineta (w roku 1905) pierwszy test na inteligencję służył do pomiaru możliwości zapamiętywania, utrzymywania koncentracji uwagi a także zdolność pojmowania, bogactwa słownictwa oraz operowania wyobraźnią. Warto podkreślić, że test ów powstał w czasach, w których nikt publicznie nie kwestionował intelektualnej przewagi mężczyzn nad kobietami.

Ku zaskoczeniu wielu badaczy zastosowanie innego, powstałego na bazie testu Bineta, narzędzia diagnostycznego – Stanfordzkiej Skali Bineta, doprowadziło do wyników świadczących o braku wyrazistych różnic między średnią inteligencją kobiet i mężczyzn. Co więcej – pierwsze pomiary wskazały na przewagę intelektualną kobiet.

Wraz z rozwojem badań nad inteligencją dodano, do dotąd stosowanych zadań werbalnych, inne – zwane czynnościowymi. David Wechsler opracował w roku 1939 test, z którego pomocą mierzono nie tylko zasoby wiedzy, bogactwo słownictwa oraz umiejętność wykonywania obliczeń arytmetycznych, zdolność zapamiętywania ciągu cyfr, zdolność dostrzegania i opisywania podobieństw między obiektami czy zdolność poprawnego interpretowania konwencji społecznych. Wyżej opisaną cześć werbalną testu uzupełnił Wechsler o część czynnościową, w ramach której badani układali obrazki w sensowne historyjki, klocki w określone wzory a także uzupełniali obrazki lub układali figury z wykorzystaniem dostępnych elementów. Mieli także za zadanie zapamiętać symbole przypisane poszczególnym cyfrom.

Od czasów pierwszych zastosowań testu Wechslera kobiety osiągały – generalnie rzecz biorąc – więcej punktów w części werbalnej, mężczyźni zaś – w czynnościowej. Odnotowano ponadto, iż kobiety lepiej radzą sobie także z innymi zadaniami o charakterze werbalnym, takimi jak: tworzenie anagramów, rozumienie tekstu, tworzenie synonimów i antonimów, konstruowanie zdań i szybkie czytanie.

Co jednak wyjątkowo interesujące – z każdym kolejnym pokoleniem zaobserwowana onegdaj różnica między płciami zmniejszała się. W roku 1981 – po przeprowadzeniu przez Janet Hyde tzw. metaanalizy, czyli analizy wyników wielu wcześniejszych analiz okazało się, że intelektualne różnice międzypłciowe w wymiarze zdolności werbalnych były dotychczas przeceniane: ledwie 1% owych różnic ma swe uzasadnienie w różnicach międzypłciowych.

W przypadku zdolności matematycznych sprawa wydaje się jeszcze bardziej skomplikowana. Testy wykazują, iż dziewczynki do około trzynastego roku życia mają w tym względzie przewagę nad chłopcami, ale po przekroczeniu owej umownej granicy proporcje odwracają się. W jednym i drugim przypadku mowa jest jednak o niewielkich procentowo różnicach. Metaanalizy doprowadziły i tym razem do wniosku, że płeć uzasadnia jedynie 1% różnic między kobietami i mężczyznami. Z badań Janet Hyde wynika ponadto, że chłopcy zaczynają zyskiwać przewagę nad dziewczynkami pod względem tych właśnie zdolności pod wpływem tzw. czynnika selekcji. Innymi słowy wyselekcjonowane grupy chłopców znacząco zawyżają ogólną średnią przypisywaną chłopcom.

Interesujące rezultaty przyniosły badania nad tzw. zdolnościami przestrzennymi. Okazało się, że chłopcy mają znaczącą przewagę nad dziewczynkami pod względem umiejętności obracania brył w wyobraźni. Radzą sobie z tego rodzaju zadaniami – ogólnie mówiąc – lepiej, popełniając mniej błędów i wykonując je szybciej. Podobnie w przypadku zadań związanych ze spostrzeganiem przestrzennym – np. lokalizowaniem pionu i poziomu w ramach nietypowych obiektów graficznych. Różnica między przedstawicielami obydwu płci okazała się w tym przypadku wyraźniejsza, gdy badanymi były osoby dorosłe, niż w przypadku porównywania wyników chłopców i dziewczynek. W obszarze wyobraźni przestrzennej (np. umiejętność dostrzegania figur wpisanych w inne figury) oraz orientacji czasoprzestrzennej (oceniania czasu potrzebnego na przemieszczenie się w przestrzeni obserwowanego obiektu) różnice międzypłciowe okazały się znacznie mniej wyraziste.

Aby dyskusję na temat różnic intelektualnych między przedstawicielami obydwu płci można było uznać za kompletną, należałoby w większym stopniu uwzględnić wymieniony wyżej czynnik selekcji. Skomplikowane uwarunkowania kulturowe, wpływające na oczekiwania rodziców względem chłopców i dziewczynek, w znacznym stopniu uzasadniają obserwowane różnice. Wszak nie do przecenienia jest w tym przypadku mechanizm samospełniającej się przepowiedni. Skoro od przeciętnego chłopca i przeciętnej dziewczynki oczekuje się – generalnie rzecz biorąc – podążania odpowiednią: „kobiecą” lub „męską” ścieżką edukacyjną, większość z nas mniej lub bardziej świadomie podporządkowuje się owym naciskom. Należałoby zadać pytanie, czy w dobie zmniejszającego się rygoryzmu oczekiwań wobec przedstawicieli płci męskiej i żeńskiej zaobserwujemy całkowite zatarcie wyżej omówionych różnic intelektualnych?

http://portalwiedzy.onet.pl/4868,25297, ... pisma.html

_________________
Co raz to z ciebie jako z drzazgi smolnej
Wokoło lecą szmaty zapalone
Gorejąc nie wiesz czy stawasz się wolny
Czy to co twoje ma być zatracone
Czy popiół tylko zostanie i zamęt
Co idzie w przepaść z burzą czy zostanie
Na dnie popiołu gwiaździsty dyjament


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: badania naukowe
PostNapisane: sobota, 28 marca 2009, 11:11 
Offline
Avatar użytkownika

Dołączył(a): poniedziałek, 24 listopada 2008, 11:09
Posty: 381
Przesuwamy czy nie?
W nocy z soboty na niedzielę przesuniemy wskazówki zegarków o godzinę do przodu - z godziny 2 na 3. Jednak zalety oszczędzania na czasie letnim są wątpliwe.

Począwszy od marca, niemal co czwarty mieszkaniec świata, przesuwając do przodu wskazówki zegara, traci wprawdzie trochę snu, ale za to zyskuje więcej światła słonecznego. Wielu z nas uważa, że dzięki zmianie czasu oszczędzamy energię elektryczną, zużywaną przez sztuczne oświetlenie. Najnowsze analizy rzucają jednak cień wątpliwości na to, czy rzeczywiście tak jest – niektórzy badacze wręcz twierdzą, że zmiana ta powoduje jeszcze większe zużycie prądu.

Za pomysłodawcę wprowadzenia czasu letniego uchodzi Benjamin Franklin, który, aby ograniczyć zużycie świec, wystąpił z taką propozycją już w 1784 roku. W Stanach Zjednoczonych czas letni obowiązuje jednak dopiero od I wojny światowej, kiedy konieczne stało się oszczędzanie zasobów. Pierwsze szeroko zakrojone badanie skuteczności zmiany czasu przeprowadzono w okresie kryzysu naftowego w latach siedemdziesiątych – amerykański Departament Transportu uznał wówczas, że czas letni powoduje w całym kraju ograniczenie zużycia energii elektrycznej o mniej więcej 1% w porównaniu z czasem standardowym.

Od tamtej pory nie dokonywano już wielu analiz, tymczasem w USA, jak zauważa ekonomista Matthew Kotchen z University of California w Santa Barbara, wraz z powszechnym używaniem klimatyzacji i domowych urządzeń elektronicznych, zmianie uległy wzorce użytkowania energii. Ostatnio jednak wprowadzanie czasu letniego na poziomie stanowym i państwowym pozwoliło badaczom na nowo prześledzić skutki przesuwania wskazówek.

W 2006 roku stan Indiana po raz pierwszy wprowadził na całym swoim terytorium czas letni (przedtem panowało pod tym względem pewne zamieszanie, gdyż inny zegar obowiązywał tylko w nielicznych hrabstwach). Po przeanalizowaniu zużycia energii elektrycznej i rachunków od momentu wprowadzenia zmiany czasu w całym stanie, Kotchen i jego współpracownica Laura Grant ku swemu zaskoczeniu stwierdzili, że przesunięcie to spowodowało jednoprocentowy wzrost zużycia energii elektrycznej na obszarach zamieszkanych, co kosztowało ten stan dodatkowe 9 mln dolarów. Mimo że czas letni zmniejsza popyt na oświetlenie mieszkań i domów, badacze sugerują, że zwiększa się zapotrzebowanie na chłodzenie w letnie wieczory i na ogrzewanie rankiem wczesną wiosną oraz późną jesienią. Kotchen i Grant zamierzają opublikować w tym roku swoje wnioski w "Quarterly Journal of Economics".

Badacze mieli jeszcze jedną okazję dokonania oceny sytuacji w 2007 roku, kiedy to w drugą niedzielę marca, czyli trzy tygodnie wcześniej niż zwykle, w całym kraju wprowadzono czas letni, a jesienią skrócono ten okres o tydzień. Adrienne Kandel, ekonomistka zajmująca się zasobami naturalnymi z ramienia Kalifornijskiej Komisji Energii, odkryła wraz ze współpracownikami, że przedłużenie czasu letniego wywiera nieznaczny, jeśli nie zgoła żaden, wpływ na zużycie energii w tym stanie. Zaobserwowany spadek zużycia o 0,2% mieści się w granicach błędu statystycznego wynoszącego 1,5%.

Ale nie ze wszystkich analiz wynika, że czas letni przynosi efekty przeciwne do zamierzonych. Zamiast badać skutki wprowadzenia go w jednym tylko stanie, starszy analityk Jeff Dowd wraz ze współpracownikami z Departamentu Energii prześledzili, jak czas letni wpływa na pobór energii w skali całego kraju – w tym celu przeprowadzili badania w 67 elektrowniach.

W swoim raporcie przedstawionym Kongresowi w październiku ubiegłego roku zawarli wniosek, że przedłużenie czasu letniego o cztery tygodnie pozwoliło zaoszczędzić w całym kraju 0,5% energii elektrycznej dziennie, czyli ogółem 1,3 biliona KWh. Wystarczyłoby to do zaspokojenia całorocznych potrzeb 100 tys. gospodarstw domowych. Dowd dodaje, że badaniem objęto energię wykorzystywaną nie tylko przez mieszkańców, lecz także przez sektor komercyjny. Możliwe, że rozbieżności między wynikami regionalnymi i ogólnokrajowymi odzwierciedlają różnice w klimacie poszczególnych stanów. Kotchen przypuszcza, że „obserwowane przez nas efekty mogłyby być jeszcze gorsze na Florydzie, gdzie powszechnie używa się klimatyzacji”.

Jeżeli zmiana czasu przynosi w rezultacie straty energetyczne, to czy nie należałoby się na dobre pożegnać z czasem letnim? Z pewnością ucieszyłoby to farmerów, którzy od dawna protestują, twierdząc, że zakłóca on harmonogram ich prac. Mimo to szanse odejścia od czasu letniego wydają się bliskie zeru. "Wątpię, czy moglibyśmy wycofać się z wprowadzania czasu letniego w całym kraju, bo się już do niego przyzwyczailiśmy" – mówi Kotchen i dodaje, że „może warto by rozważyć korzyści, jakie przynosi on w pewnych dziedzinach”. Sprzedawcy trudniący się handlem detalicznym, zwłaszcza w branży sportowej i rekreacyjnej, od początku byli najgorętszymi orędownikami czasu letniego. Przedstawiciele przemysłu golfowego, na przykład, oświadczyli w Kongresie, że jeden miesiąc czasu letniego więcej przynosi rocznie 400 mln dolarów z dodatkowej sprzedaży sprzętu i opłat za grę.

Tak więc, zamiast martwić się, że trzeba włączyć w domu klimatyzację, pomyślcie tylko, jak moglibyście zaszaleć na dworze, gdy wzejdzie słonko.

Zmiana czasu może zaszkodzić sercu

Niektórzy zadają sobie pytanie, czy można igrać z czasem. Badacze ze sztokholmskiego Karolinska Institute po przeprowadzeniu analizy przypadków zawałów serca, do których doszło od 1987 roku w Szwecji, zauważyli, że ich liczba wzrastała o 5% w pierwszym tygodniu po wprowadzeniu czasu letniego. Na łamach "New England Journal of Medicine" z 30 października ubiegłego roku naukowcy wyrazili przypuszczenie, że dzieje się tak na skutek zakłócenia wzorców snu i rytmów biologicznych.

Z drugiej strony, przesunięcie wskazówek zegara może też zapobiec pewnej liczbie wypadków drogowych, ponieważ wtedy więcej osób wraca samochodem do domu jeszcze za dnia. Po przeanalizowaniu danych dotyczących tego typu kraks, które wydarzyły się w USA w ciągu 28 lat, ekonomiści z RAND Corporation wraz ze współpracownikami doszli do wniosku, że zmiana ustawy o wprowadzaniu czasu letniego z 1986 roku, przesuwająca początek tego okresu z ostatniej niedzieli kwietnia na pierwszą, spowodowała 8–11-procentowe zmniejszenie liczby wypadków z udziałem pieszych i 6–10-procentowy spadek w przypadku osób znajdujących się w pojazdach. Badacze ci opublikowali swoje spostrzeżenia w "B.E. Journal of Economic Analysis & Policy" z 2007 roku.

http://portalwiedzy.onet.pl/4868,17280, ... pisma.html

_________________
Co raz to z ciebie jako z drzazgi smolnej
Wokoło lecą szmaty zapalone
Gorejąc nie wiesz czy stawasz się wolny
Czy to co twoje ma być zatracone
Czy popiół tylko zostanie i zamęt
Co idzie w przepaść z burzą czy zostanie
Na dnie popiołu gwiaździsty dyjament


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: badania naukowe
PostNapisane: poniedziałek, 13 kwietnia 2009, 08:21 
Offline
Avatar użytkownika

Dołączył(a): poniedziałek, 24 listopada 2008, 11:09
Posty: 381
Człowiek pszczole wilkiem

Pszczoły masowo giną

Dzisiaj w ulu aż huczy kilkadziesiąt tysięcy pszczół, ale za dwa tygodnie zostają w nim tylko matka, kilka robotnic i umierające z głodu larwy pszczół, zamknięte w komórkach z wosku.

W dodatku ani w ulu, ani w jego okolicy nie widać pszczelich trupów. Pszczoły w tajemniczy sposób znikają.

Nie przychodzą nawet rabusie

Jeśli dzieje się to jesienią, ul często jest wypełniony miodem. Pszczoły strażniczki zwykle zażarcie biją się we wlotku do ula z rabusiami miodu, którzy próbują wkraść się do środka. Rabusiami bywają na przykład pszczoły z innych rojów albo osy. – Jednak, co dziwne, do tego opuszczonego ula nie chcą wlatywać inne pszczoły! Przez kilkanaście następnych dni owady zachowują się, jakby wejścia do tego ula broniła niewidzialna dla człowieka bariera – relacjonuje Zbigniew Binko, prezes Śląskiego Związku Pszczelarzy.

W Polsce to tajemnicze „zjawisko masowego ginięcia pszczół” jeszcze się nie rozszalało z pełną siłą. Jednak szaleje już niepokojąco blisko, tuż za naszą zachodnią granicą. W Niemczech w ciągu ostatnich czterech lat to zjawisko zredukowało liczbę pszczelich rodzin o 40 procent. Równie źle jest z pszczołami we Francji.

Jeszcze gorzej mają się pszczoły hodowlane w Ameryce. To zjawisko nazwano tam syndromem CCD (Colony Collapse Disorder, czyli gwałtowna zapaść kolonii). – W niektórych stanach USA padło aż 90 procent rojów. Moim przyjaciołom z Kanady zostało po zeszłym roku 4 tysiące pustych uli – mówi Janusz Kasztelewicz, właściciel gospodarstwa pasiecznego i Muzeum Pszczelarstwa w Stróżach koło Nowego Sącza.

Znikające pszczoły

Jeden z sąsiadów pana Janusza, Marek Kolek, właściciel pasieki ze 150 pszczelimi rodzinami, jest jednym z pierwszych Polaków, którego pszczoły już dotknęło CCD. – Jesienią zeszłego roku miałem wyjątkowo ładne pszczoły. Potem nadszedł 10–12 listopada, kiedy było u nas łagodne ocieplenie – wspomina. – Pszczoły wykorzystały to ocieplenie na obloty. Zwykle takie obloty są dla pszczół dobre, bo pozwalają im opróżnić jelito grube i w lepszej formie przetrwać zimę – dodaje.

Następnym razem pan Marek zajrzał do uli przed świętami Bożego Narodzenia. – I wtedy serce mi zamarło. Jesienią moje pszczoły obsiadały osiem, dziewięć ramek. Teraz siedziały na dwóch, i to w samym narożniku – mówi. – To dotknęło 95 procent stanu mojej pasieki – dodaje.

Zwykle po zimie na dnie ula leży około pół kilograma martwych pszczół. – Ale tym razem nie było ich wcale! Widać pszczoły nie wróciły do ula po listopadowym oblocie. Nie miałem nawet z czego pobrać próbek martwych pszczół do badania – relacjonuje Marek Kolek.

Według dr Krystyny Pohoreckiej, dyrektora Oddziału Pszczelnictwa w Puławach, należącego do Instytutu Sadownictwa i Kwiaciarstwa, sygnały o CCD w Polsce są na razie pojedyncze. Większość z nich pochodzi z południowej Polski. Pszczelarze zgłaszali ten problem w grudniu. Czy CCD nasili się wiosną? Oddział Pszczelnictwa w Puławach nie zamierza siać wśród pszczelarzy paniki. – Dopiero czekamy na sygnały od pszczelarzy. Na razie wiemy tylko, że nasze pasieki doświadczalne i pasieki naszych pracowników są w porządku – mówi dr Pohorecka.

Cukier, co nie krzepi

Z jakiego powodu masowo giną pszczoły? Problem w tym, że naukowcy nie są pewni, co jest tego najważniejszą przyczyną. – Przyjmuje się, że wpływa na to więcej czynników. I że dwa z nich są najważniejsze: pierwszy to pasożyty i wirusy, a drugi, równorzędny, to pozostałości pestycydów – mówi dr Pohorecka.

Chodzi o pestycydy nowej generacji, między innymi imidakloprid. Zabija owady takie jak mszyce, które nakłuwają np. burak cukrowy. Pszczelarze na całym świecie twierdzą jednak, że zabija on także pszczoły, karmione cukrem z takich buraków.

Używania imidaklopridu zabroniły więc już Niemcy i Francja, gdzie zdesperowani pszczelarze w czasie demonstracji palili nawet ule. Pestycyd pozostanie jednak w glebie przez około trzy lata.

Polscy pszczelarze twierdzą, że koncerny chemiczne czyszczą teraz swoje magazyny, sprzedając imidakloprid Polakom. – Niestety, rolnikom są sprzedawane nasiona buraków już zaprawione, czyli obklejone zaprawą z imidaklopridem. Prawdopodobnie kumuluje się on później w cukrze. To dawki nieszkodliwe dla człowieka, ale dla karmionej takim cukrem pszczoły, ważącej zaledwie 100 miligramów, to śmierć – twierdzi pszczelarz Janusz Kasztelewicz. – To powoduje porażenie jej systemu nerwowego, pszczoła traci orientację i nie potrafi znaleźć powrotnej drogi do swojego ula – mówi.

Do zabijającej pszczoły chemizacji, do pasożytów i wirusów, dochodzą też przyczyny zagłady pszczół o mniejszej wadze. Choćby taka, że pszczoły w pasiekach są dziś znacznie delikatniejsze niż pszczoły dzikie. Są co prawda większe i przynoszą więcej miodu, ale za to nieraz za blisko ze sobą spokrewnione i mniej odporne na choroby.

Do niedawna wiele mówiło się też o tym, że powrotną drogę do uli może pszczołom zakłócać telefonia komórkowa. – Nowe badania naukowe wykluczyły jednak, że to ważna przyczyna. Pole elektromagnetyczne ma na pszczoły wpływ, ale nie aż taki – mówi dr Pohorecka.

Chińczyk zapyla

Nowe generacje pestycydów robią dziś straszliwe spustoszenie wśród wielu gatunków owadów, nie tylko wśród szkodników. – Jest dzisiaj znacznie mniej dzikich owadów zapylających, na przykład trzmieli. Giną całe populacje. Ma to bezpośredni związek ze stosowaniem środków ochrony roślin – podkreśla dr Pohorecka.

Pszczoły zapylają około 80 procent roślin na ziemi. Czy przyjdzie nam więc pożegnać się z widokiem pięknie kwitnących drzew na wiosnę? Zapomnieć o kobiercach kwiatów na łąkach? Już dziś w niektórych regionach Chin z powodu śmierci pszczół sadownicy próbują zapylać grusze „na piechotę”, specjalnymi miotełkami. Tego nie da się jednak robić na masową skalę. Tymczasem jedna mała pszczoła w czasie jednego oblotu odwiedza aż kilkaset kwiatów. Żeby wyprodukować zaledwie kilogram miodu, pszczoły przynoszą nektar z kilku milionów kwiatów.

Albert Einstein powiedział, że jeśli wyginą pszczoły, ludzkość przeżyje jeszcze tylko cztery lata. Czy to nie przesada? – Może więcej niż cztery lata, ale na dłuższą metę życie bez pszczół byłoby dla nas niemożliwe – komentuje dr Krystyna Pohorecka. – Produkcja żywności spadłaby o jedną trzecią. Gwałtownie zaczęłaby się też wtedy na Ziemi zmniejszać bioróżnorodność – uważa.

Chodzi o to, że gdyby wyginęły zapylane przez pszczoły rośliny, po kolei znikałyby też związane z tymi roślinami kolejne owady i zwierzęta. To byłaby lawina nie do zatrzymania.

– Jest jednak wciąż duża przestrzeń do działań, które mogą temu zapobiec. Bardzo wiele na przykład dałoby, gdyby przestały być stosowane te środki chemiczne, które są najbardziej szkodliwe dla pszczół – uważa dr Krystyna Pohorecka.

http://wiadomosci.onet.pl/1552091,2679, ... skart.html

_________________
Co raz to z ciebie jako z drzazgi smolnej
Wokoło lecą szmaty zapalone
Gorejąc nie wiesz czy stawasz się wolny
Czy to co twoje ma być zatracone
Czy popiół tylko zostanie i zamęt
Co idzie w przepaść z burzą czy zostanie
Na dnie popiołu gwiaździsty dyjament


Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 102 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1 ... 4, 5, 6, 7, 8, 9, 10, 11  Następna strona


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający to forum: Brak zalogowanych użytkowników i 1 gość


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
cron
Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL